The Marble Mountains – Da Nang – Part 1

Aga standing on a stone staircase, illuminated by candles and decorated with colorful statues

The Marble Mountains – Da Nang

[EN/PL] On our last day in Central Vietnam we had three places left to visit, all in the vicinity of Da Nang. As our plane back Hanoi was leaving in the evening, we figured that if we leave Hoi An around noon, we’ll have just enough time to visit all three – The Marble Mountains, the Linh Ung Pagoda with the famous Lady Buddha statue and the Monkey Pass on Son Tra peninsula.

We had a lot of luggage, so the only option for us to make this trip happen was to hire a car with a driver. Our host in Hoi An, Mr. Tri of Moon’s Homestay, arranged it for us for only 40 USD.

Entry tickets

Our first stop were the Marble Mountains. Our car stopped right next to the entrance, where we had to make our first choice – climb the mountain on foot, or use a convenient elevator for just 15.000 VND per person (0.75 USD) extra. As the heat was unbelievable (34 C), we’ve decided to save our strengths for the rest of the day and use the elevator.

There was no queue at all to the ticket office, so minutes later we got our entrance and elevator tickets (30.000 VND per person). As a free bonus, we were handed a map of the mountain with English labels and a set of postcards :). Before going up, we asked the lady at the ticket office if we are required to change our clothes, but we were told that shorts are fine. Making sure we have some water, we handed our tickets to the elevator porter and went up.  The elevator is modern, safe and very fast – it takes seconds to get six floors up.

Five Elements Mountains

The Marble Mountains, or rather Ngũ Hành Sơn (Five Elements Mountains) are actually five marble and limestone hills with very steep slopes. Each mountain is named after one of the elements, recognized by the local culture – Kim (metal), Thuy (water), Moc (wood), Hoa (fire) and Tho (earth). The one we had an opportunity to visit is named Thuy Son – the Water Mountain.

Thousands of years ago they were all underwater. This resulted in numerous caves inside the hills, which were adapted into temples and sanctuaries over centuries. The Marble Mountains are home to many Buddhist temples, many of them active and preserved by the monks residing there.

viewpoint
The view from one of the many viewpoints available for tourists in the Marble Mountains

As there’s so much to see, this post will be mostly pictures, which do not show the true beauty of this place – if you are ever around, make sure to visit it!

What’s to see in the Marble Mountains?

Despite the scorching sun above our heads, we just couldn’t resist to visit every single place on the Thuy Son Mountain (the Water Mountain – the biggest of all five). There are many temples, shrines, caves, charming footpaths and marvellous viewpoints. The whole place has a magical atmosphere and is surprisingly well prepared for tourists. There are English signs showing the way to numerous sites, benches where you can rest, waste bins to keep the area clean. In the central area of the mountain there’s also a cafe and a small shop, where you can rest and have something to drink or eat.

temples

We spent there a total of three hours, exploring the caves, admiring the old pagodas, climbing our way to the viewpoints, walking past many beautiful statues. There’s just too much to describe it all, so here are some pictures:

pagoda_inside
A wooden statue inside one of the temples

 

buddha_statue_temple

Caves!

As we mentioned before, there’s a lot of caves. Both big and small, they all house different, mostly very old shrines. One of the caves was really large, featuring a giant Buddha statue. We almost gave up on this one, as it was the LAST cave we visited – and we were already short on strengths and time. Fortunately, we made it! Here, take a look:

There’s a lot more caves to explore, some of them featuring some serious climbing, as the slopes were up to 75 degrees steep! Some of the corridors were so narrow, that we barely made it through. That was a lot of fun for us, as we love such challenges (if we knew that there’s climbing involved, we would wear different shoes – sandals aren’t the best idea to be honest… 🙂 ). Most of the caves were also inhabited by bats, which added some extra thrill :).

cave_climb_aga

climb
Barely made it!

General information and tips – Marble Mountains

  • The entry tickets are 15.000 VND each, plus another 15.000 VND if you want to use the elevator.
  • Visitors are not required to dress properly, but if you wear shorts or a sleeveless shirt, you should cover yourself before entering active temples. If it’s hot, it’s okay to move around in comfortable clothes, just not inside.
  • You will need 3-4 hours to see everything on the largest mountain – Thuy Son.
  • Be careful while climbing caves. If you’re not sure if you can do it – just skip anything that you feel is too much for you. Safety first!
  • There are three ways to get to the mountain and back: two gates and an elevator (which can also take you back down).
  • We recommend wearing comfortable, sport shoes (most of the time you walk on stones, which might be slippery)

 

selfie_3
Thanks for reading and following us! 🙂 🙂 🙂

Góry Marmurowe – Da Nang

[EN/PL] Na nasz ostatni dzień w Środkowym Wietnamie mieliśmy zaplanowane do odwiedzenia jeszcze trzy miejsca, wszystkie w okolicy Da Nang. Jako, że nasz samolot do Hanoi odlatywał dopiero wieczorem, doszliśmy do wniosku, że jeśli opuścimy Hoi An około południa, to będziemy mieli wystarczająco dużo czasu by odwiedzić wszystkie trzy miejsca – Marmurowe Góry, Pagodę Linj Ung ze słynnym posągiem Pani Buddy i Małpią Przełęcz na półwyspie Son Tra.

Mieliśmy bardzo dużo bagażu, więc jedynym sposobem, by ta wyprawa się udała, było wynajęcie samochodu z kierowcą. Nasz gospodarz w Hoi An, Pan Tri z pensjonatu Moon’s Homestay, zorganizował dla nas transport za zaledwie 40 dolarów (160 zł).

Bilety wejściowe

Naszym pierwszym przystankiem były Góry Marmurowe. Nasz samochód zatrzymał się zaraz przy wejściu, gdzie musieliśmy dokonać pierwszego wyboru – wejść na górę pieszo, czy skorzystać z wygodnej windy za dodatkową kwotę 15.000 VND (3 zł) za osobę. Było niewyobrażalnie gorąco (34 C), więc podjęliśmy decyzję by oszczędzać siły na resztę dnia i skorzystać z windy.

Do biura sprzedaży biletów nie było praktycznie żadnej kolejki, więc kilka minut później dostaliśmy nasze bilety wejścia i bilety uprawniające do skorzystania z windy (razem: 30.000 VND – 6 zł za osobę). Przy zakupie biletów otrzymaliśmy za darmo mapę góry w języku angielskim oraz komplet pocztówek :).

Przed udaniem się na górę, zapytaliśmy pani sprzedającej bilety, czy jesteśmy odpowiednio ubrani. Powiedziała nam, że krótkie spodenki są dozwolone. Po upewnieniu się, że mamy ze sobą trochę wody, wręczyliśmy nasze bilety człowiekowi obsługującemu windę i ruszyliśmy do góry. Winda jest nowoczesna, bezpieczna i bardzo szybka – podróż sześć pięter do góry potrwała kilka sekund.

Góry Pięciu Żywiołów

Góry Marmurowe, a właściwie Ngũ Hành Sơn (Góry Pięciu Żywiołów) to tak naprawdę pięć marmurowo-wapiennych wzgórz z bardzo stromymi zboczami. Każda z gór nosi nazwę jednego z pięciu żywiołów, uznawanych w tutejszej kulturze – są to Kim (metal), Thuy (woda), Moc (drewno), Hoa (ogień) i Tho (ziemia). Ta górą, którą mieliśmy okazję zwiedzić, nosi nazwę Thuy Son – czyli Wodna Góra.

Tysiące lat temu wszystkie znajdowały się pod wodą, co spowodowało powstanie wielu jaskiń wewnątrz wzgórz, które to zostały zaadaptowane na świątynie i kaplice na przestrzeni wieków. Góry Marmurowe są domem dla wielu buddyjskich świątyń, a wiele z nich jest czynne i konserwowane przez mieszkających tam mnichów.

viewpoint

Z uwagi na to, że jest tam tak wiele do zobaczenia, ten wpis będzie się składał głównie ze zdjęć, które nie oddają całego piękna tego miejsca – jeśli kiedykolwiek będziesz w okolicy, musisz je odwiedzić!

Co można zobaczyć w Górach Marmurowych?

Pomimo palącego słońca ponad naszymi głowami, nie potrafiliśmy się powstrzymać przed odwiedzeniem każdego miejsca na górze Thuy Son (Wodna Góra – największa z wszystkich pięciu). Znajduje się tam wiele świątyń, kapliczek, jaskiń, urokliwych ścieżek i zapierających dech w piersiach punktów widokowych. Całość ma magiczną atmosferę, a miejsce jest zaskakująco dobrze przygotowane dla turystów. Są anglojęzyczne drogowskazy, wskazujące kierunek do poszczególnych atrakcji, ławeczki, na których można odpocząć, kosze na śmieci – by utrzymać to miejsce w czystości. W środkowej części góry jest też kawiarenka i mały sklep, gdzie można odpocząć i kupić coś do jedzenia lub do picia.

temples

Spędziliśmy tam łącznie trzy godziny, zwiedzając jaskinie, podziwiając stare pagody, wspinając się do punktów widokowych, mijając wiele pięknych posągów. Jest tego zbyt wiele, by wszystko opisać, więc załączamy trochę zdjęć:

pagoda_inside
Drewniana rzeźba wewnątrz jednej ze świątyń.

buddha_statue_temple

Jaskinie!

Jak wspominaliśmy wcześniej, jest tu mnóstwo jaskiń. Zarówno duże, jak i małe, wszystkie są domem dla różnych, w większości bardzo starych kapliczek. Jedna z jaskiń była naprawdę olbrzymia – znajdował się w niej gigantyczny posąg Buddy. Mało brakowało, a nie trafilibyśmy do tej jaskini, bo była ostatnia na naszej liście, a kończyły nam się już siły i czas. Na szczęście – dotarliśmy tam! Rzućcie okiem:

Jest znacznie więcej jaskiń do zwiedzenia, a niektóre z nich wymagają wspinaczki – nachylenia sięgały nawet 75 stopni! Niektóre korytarze były tak wąskie, że ledwo mogliśmy się przecisnąć. Dla nas była to świetna zabawa, bo uwielbiamy takie wyzwania (gdybyśmy wiedzieli co nas czeka, to założylibyśmy lepsze buty – sandały nie bardzo nadają się do łażenia po jaskiniach… 🙂 ). Większość jaskiń była również zamieszkana przez nietoperze, co dodało emocji :).

cave_climb_aga

climb
Ledwo się przecisnął!

Ogólne informacje i wskazówki – Góry Marmurowe

  • Bilety wejścia kosztują 15.000 VND (3 zł) każdy i dodatkowe 15.000 VND, jeśli chcesz skorzystać z windy.
  • Odwiedzający nie muszą się odpowiednio ubierać, ale jeśli masz na sobie krótkie spodenki albo koszulę bez rękawów, to należy się czymś zakryć przed wchodzeniem do czynnych świątyń. Jeśli jest gorąco, to nic nie stoi na przeszkodzie bo przemieszczać się w wygodnych ubraniach, ale nie należy tak wchodzić do wnętrz.
  • Na zwiedzenie całej, największej góry (Thuy Son) potrzeba 3-4 godzin.
  • Przy zwiedzaniu jaskiń należy zachować ostrożność. Jeśli nie masz pewności, że sobie poradzisz, to odpuść. Bezpieczeństwo przede wszystkim!
  • Są trzy drogi by dostać się na górę i z niej zejść: dwie bramy i winda (która również zabiera zwiedzających na dół)
  • Radzimy założyć wygodne sportowe buty (większość czasu chodzi się po kamieniach, które mogą być śliskie)
selfie_3
Dzięki za przeczytanie i towarzyszenie nam! 🙂 🙂 🙂
Advertisements

Thien Mu Pagoda – Hue – Part 2

Thien Mu Pagoda Tower

Thien Mu Pagoda in Hue

[EN/PL] The day after we visited the Imperial City of Hue, we got up early in the morning, knowing that our bus back to Hoi An was going to leave the city at 1 PM. Usually we like to travel short to medium distances on foot, but as we didn’t have a lot of time, we decided to break with our tradition and go to our destination by car. After a fine breakfast on our hotel’s top floor restaurant, we asked the receptionist to call a taxi for us. Fifteen minutes later we’ve arrived to our destination – the Thien Mu Pagoda.

Thien Mu Pagoda – history and facts

What’s interesting, the Thien Mu Pagoda (Temple of the Celestial Lady) is considered by the Vietnamese as an unofficial symbol of Hue. It was built in 1601 A.D. and then further expanded over centuries. It’s most iconic part – a 21m tall tower – was built in 1844. It’s the third oldest temple we have visited so far (the oldest was the Tran Quoc Pagoda in Hanoi).

tower
Thien Mu Pagoda Tower

In the second half of the 20th century, the monks from Thien Mu supported anti-government protests in South Vietnam, as the government was discriminating the Buddhist population. Later, in the 1980s, it was also a place of many anti-communists protests. One of the monks from Thien Mu Pagoda drove an Austin car to Saigon in 1963. When he arrived to one of the main streets, he left the car and self-immolated to protest against the Diem regime. Today, this car can be seen in one of the garages in Thien Mu, and it’s considered a relic. The car is exhibited to the public view, accompanied by a sign that told us this story.

One of our readers, Len Kagami (check out his awesome blog: Len Journeys), gave us some more information about the owner of the blue car:

Len Kagami: The monk (the owner of the blue car) has been declared as Saint for several years due to his sacrifire for the Buddhism in Vietnam. If you visit Saigon, you can find his statue at the place where he set himself on fire.

car

Sightseeing

The Pagoda is divided into two parts – the first courtyard houses the seven-storey Pagoda Tower and many smaller shrines. The second is an active Buddhist monastery. There are gardens, more temples, the monks quarters. Unfortunately, some of the monuments were damaged by vandals, who seem to find it a great idea to carve their initials on a large, two hundred years old marble turtle statue. Nonetheless, the place is beautiful and we liked it more than the visit to the Imperial City. We really loved it.

It was really nice to see locals, praying at the temples, burning incense sticks to honor the ancestors. The Pagoda also seems to be a pilgrimage destination, as we had seen some organised groups, who definitely came from far and prayed together. We had no doubt we are in a holy place, so we did our best to not disturb the peace of this place.

It’s not really big, but somehow we spent there over two hours, admiring the architecture, the garden and the atmosphere of this place. As we didn’t have much time left until the departure of our bus to Hoi An, we left the temple and headed to a small marketplace located next to the temple’s entrance.

temple_outside

Boat trip!

There we bought some incense sticks, for a really fair price – as it’s obviously not something bought by tourists, compared to many souvenirs around. As we had visited a lot of temples in Vietnam, both active and not, the thing we always enjoyed was the smell of incense – so we decided to take some home. Moments after leaving the small shop, a Vietnamese lady approached us, offering to take us with her boat back to the city.

She has offered to take us back to the city centre for 300.000 VND, but as we already did some reconnaissance on the prices of such trips, we knew she was overcharging us a lot. Finally we agreed on the price of 200.000 VND (8 USD), we boarded the boat that was supposed to take us back to the vicinity of our hotel.

boat
Off we go!

As soon as we put off from the Perfume River’s coast, the lady approached us with a large selection of souvenirs. She was kind, smiling all the time, but very pushy. Obviously, she wasn’t going to leave us to appreciate the view if we don’t buy anything from her. And that’s how we got some bamboo bookmarks for our friends, 1 USD each. As soon as we bought them, this older lady offered to take a picture of us (free of charge!). Then she told the helmsman to draw up, and as soon as the boat touched the land she got off and headed back to Thien Mu, to look for more customers. We were finally free to enjoy our trip back to the city centre.

We got to our hotel just in time to grab our luggage, check out and go to the bus station. Five hours later we were back to Hoi An.

General Information and Tips on Thien Mu Pagoda:

  • The entrance is free of charge – this is an active temple, not a regular tourist attraction.
  • You should dress and behave properly. Cover your shoulders and knees, to respect this place and the monks who take care of it.
  • Remember to take of your shoes before entering buildings
  • Respect the signs places around – don’t go to the monks quarters, which are located on the west side of the Pagoda.
  • Taxi from the city centre to the Pagoda should cost up to 50.000 VND (2 USD).
  • Boat from the Pagoda to the city centre should cost up to 200.000 VND (8 USD).
  • There are cheaper boat trips, 30.000 VND (1.25 USD) per person, but the boats leave only when enough passengers gather.

Pagoda Thien Mu w Hue

[EN/PL] Dzień po naszej wizycie w Cesarskim Mieście w Hue wstaliśmy wcześnie rano, pamiętając o tym, że nasz autobus powrotny do Hoi An miał opuścić miasto 13:00. Zazwyczaj lubimy pokonywać krótkie i średnie dystanse pieszo, ale z uwagi na to, że nie mieliśmy wiele czasu, zdecydowaliśmy się uchybić naszej tradycji i udać się do celu samochodem. Po solidnym śniadaniu w ulokowanej na ostatnim piętrze hotelowej restauracji, poprosiliśmy recepcjonistkę o wezwanie dla nas taksówki. Piętnaście minut później dotarliśmy do celu – Pagody Thien Mu.

Thien Mu Pagoda Tower
Wieża Pagody Thien Mu

Pagoda Thien Mu – historia i fakty

Co ciekawe, Pagoda Thien Mu (Świątynia Niebiańskiej Pani) jest postrzegana przez Wietnamczyków jako nieoficjalny symbol Hue. Została wybudowana w 1601 roku naszej ery, a następnie rozbudowywana przez kolejne wieki. Jej najbardziej charakterystyczny element – wieża o wysokości 21 m – powstała w 1844 roku. To trzecia najstarsza świątynia w Wietnamie jaką do tej pory odwiedziliśmy (najstarsza to Pagoda Tran Quoc w Hanoi).

W drugiej połowie dwudziestego wieku mnisi z Thien Mu wspierali antyrządowe protesty w Wietnamie Południowym, z uwagi na to, że rząd dyskryminował ludność buddyjską. Później, w latach 80′, pagoda była miejscem wielu demonstracji antykomunistycznych. Jeden z mnichów z Thien Mu udał się samochodem marki Austin do Sajgonu w 1963 roku. Po przybyciu na jedną z głównych ulic miasta opuścił samochód i dokonał samospalenia w akcie protestu przeciwko reżimowi Diema. Dziś ten samochód, uważany za relikwię, można obejrzeć w jednym z garaży w Thien Mu. Samochód jest wystawiony na widok publiczny i towarzyszy mu tablica, która zdradziła nam tę historię.

car

Zwiedzanie

Pagoda jest podzielona na dwie części – na pierwszym dziedzińcu znajduje się siedmiopiętrowa wieżą świątynna oraz wiele pomniejszych kapliczek. Drugi dziedziniec to czynny klasztor buddyjski. Znajdują się tam ogrody, świątynie, kwatery mnichów. Niestety niektóre posągi zostały uszkodzone przez wandali, którym wydaj się, że to świetny pomysł by wyryć swoje inicjały na wielkim, dwustuletnim, marmurowym posągu. Niemniej, miejsce jest piękne i podobało nam się znacznie bardziej niż wizyta w Cesarskim Mieście. Naprawdę, było cudowne.


Miło było zobaczyć miejscowych, modlących się w świątyniach, palących kadzidła by oddać cześć swoim przodkom. Wygląda też na to, że Pagoda jest celem wielu pielgrzymek – widzieliśmy zorganizowane grupy, które z pewnością przybyły z daleka i wspólnie modliły się w świątyniach. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że trafiliśmy w święte miejsce i staraliśmy się nie zakłócać jego spokoju.

Pagoda nie jest duża, ale w jakiś sposób zdołaliśmy tam spędzić ponad dwie godziny – podziwiając architekturę, ogrody i atmosferę tego miejsca. Jako, że nie mieliśmy już wiele czasu do odjazdu naszego autobusy do Hoi An, opuściliśmy świątynię i udaliśmy się na niewielki ryneczek zlokalizowany niedaleko wejścia do Pagody.

temple_outside

Łódka!

Na rynku kupiliśmy trochę kadzideł za bardzo uczciwą cenę – w zestawieniu z oferowanymi pamiątkami, to nie było coś często kupowanego przez turystów. W trakcie zwiedzania wielu świątyń w Wietnamie, zarówno aktywnych jak i opuszczonych, zawsze podobał nam się zapach kadzideł – postanowiliśmy więc zabrać ich trochę do domu. Kilka chwil po opuszczeniu sklepiku podeszła do nas Wietnamka, proponując, że zabierze nas łodzią z powrotem do miasta.

Zaproponowała wycieczkę za 300.000 VND, ale wcześniej zrobiliśmy małe rozpoznanie cenowe na temat takich przepraw, więc wiedzieliśmy, że oferowana cena jest znacznie zawyżona. Po krótkich negocjacjach, ustaliliśmy cenę na 200.000 VND (ok. 40 zł) i wsiedliśmy na łódkę, która miała nas zabrać w pobliże naszego hotelu.

boat
Ruszamy!

Gdy tylko odbiliśmy od brzegu Rzeki Perfumowej, kobieta podeszła do nas z szerokim wyborem pamiątek. Była uprzejma, cały czas uśmiechnięta, ale dosyć natrętna. Wiedzieliśmy, że nie zostawi nas w spokoju i nie pozwoli na cieszenie się wycieczką, dopóki czegoś nie kupimy. I w ten sposób nabyliśmy kilka bambusowych zakładek do książek dla naszych przyjaciół, po 4 zł każda. Jak tylko dokonaliśmy zakupu, starsza pani zaproponowała, że zrobi nam zdjęcie (za darmo!). Później kazała sternikowi przybić do brzegu, i gdy tylko łódka podpłynęła do nabrzeża, ta wysiadła i udała się z powrotem do Thien Mu, na poszukiwanie kolejnych klientów. Wreszcie mogliśmy w spokoju cieszyć się przeprawą z powrotem do centrum miasta.

Dotarliśmy do hotelu w samą porę – zdążyliśmy zabrać bagaż, wymeldować się i udać na dworzec autobusowy. Pięć godzin później byliśmy z powrotem w Hoi An.

Ogólne informacje i wskazówki – Pagoda Thien Mu

  • Wejście jest bezpłatne, to czynna świątynia, a nie atrakcja turystyczna
  • Należy ubrać się i zachowywać odpowiednio. Zakryj ramiona i kolana aby uszanować to miejsce i mnichów, którzy się nim opiekują.
  • Pamiętaj, by zdejmować buty przed wejściem do każdego z budynków
  • Szanuj znaki rozmieszczone po terenie klasztoru – nie wchodź do kwater mnichów, które są umieszczone po zachodniej stronie Pagody
  • Taksówka z centrum do Pagody powinna kosztować do 50.000 VND (9 zł)
  • Łódka z Pagody do centrum powinna kosztować do 200.000 VND (40 zł)
  • Są tańsze przeprawy, po 30.000 VND (5 zł) za osobę, ale łódź odpływa dopiero, gdy zbierze się wystarczająco dużo pasażerów.

The Imperial City – Hue – Part 1

The Imperial City in Hue

From Hoi An to Hue

[EN/PL] During our stay in the Central Vietnam we knew that we just can’t miss a visit to Hue. As it’s 130 km North-West of Hoi An, we booked bus tickets, which costed us just 8 USD per person. The trip was very comfortable, as it was a “sleeping” bus – with cosy beds instead of regular seats. As we had time only to spend there one night, we had booked a hotel close to the city centre.

spimy

We left Hoi An at 8 AM and arrived to Hue around noon, with just one 20 minute break during the trip. The bus stopped by a roadside bar. As we stretched our legs, a Vietnamese guy, apparently living in a small town nearby, approached us and asked where were we from. He was more than happy, when he heard we’re from Ba Lan (Vietnamese for Poland). As he explained, he’s collecting coins and notes from all over the world. As a proof, he has shown us his impressive collection. We just couldn’t refuse and before entering the bus again, we handed him some Polish coins and one note.

kasaaa2

After checking in our hotel and leaving the luggage in our room, we spent a moment admiring a wonderful view from our 8th floor balcony. We could see the Perfume River and the Citadel. As the Imperial City is closing at 5.30 PM, we had still plenty of time to get there.

0

Museum of Royal Antiquities

Instead of choosing the easiest route to the Imperial City (by the river), we went into the Citadel to walk around a bit. There we accidentally spotted a museum, where all the most important and beautiful artifacts from the Imperial City are stored, conserved and exhibited.

Inside, you can see many masterfully crafted items, used by the royalty across the ages. Magnificient furniture, encrusted with mother of pearl and gold, works of art, royal clothing and much more. It’s all there, displayed in a hundreds year old building. It was definitely worth a visit, as it gave as a glimpse of the everyday life of the Vietnamese emperors and their entourage.

10
Museum of Royal Antiquities in Hue Citadel

The Imperial City

The Imperial City, with its impressive walls and towers could be spotted from the museum’s exit. Its construction finished in 1362 A.D. and it took more than two hundred years to complete it. Despite the destruction of many buildings inside during the Tet Offensive, it looks well conserved and prepared for visitors from all over the world.

With no queue at all, we got our entry tickets and entered the Imperial City. What we had seen and read on the Internet hasn’t prepared us for the first impression. It was really huge. Large, open spaces with lots of well maintained trees, bushed and grass. Ponds inhabited by golden carps. Courtyards big enough for ceremonies involving hundres if not thousands people.

4

The first building every tourist enters is the Hall of Supreme Harmony, which was a throne room in which the Emperor received official visitors and gave royal audiences. Every little thing in this hall was made to remind the visitors of the power and significance of the Emperor. The entrance, numerous columns and the throne itself, all gilded and crafted by true artists, gave us an idea of how important this place was – the centre of power of the Vietnamese Empire. Then we left the throne room to explore the rest of the Imperial City.

5
The Hall of Supreme Harmony interior – unfortunately that’s the best picture we got 😦 // Sala Najwyższej Harmonii – niestety to najlepsze zdjęcie, jakie mamy

There are dozens of buildings – royal quarters, temples, administrative buildings, the library and many others. While walking around, with every building we visited we got more disappointed. It all felt so empty and… dead? That’s probably not true, but we had an impression that at least half of the buildings were either closed or even worse – turned into cheap tourist attractions and souvenir shops. If you’d like to seat on a plastic replica of the imperial throne, dressed up as the ruler of Vietnam – this is the place. With additional fee you can even get a picture with “servants” bowing to you.

15

17

We visited every single buildings, courtyard and garden that was accessible for tourists (which took us around 3 hours), and what we really liked were the throne room, the temples and the gardens in the north-east corner of the site. We were really lucky that we went to the museum first, as without going there, we would have no clue of how the life looked there in the previous centuries.

12

3
Fish food for 5.000 VND (0.25 USD)? How cool is that? 🙂 // Karma dla rybek za 5.000 VND (90 groszy)? Super, co? 🙂

I guess maybe we didn’t like it that much because of our expecations. It was a lesson for us to avoid reading hyped and ecstatic blog posts or travel guide entries on what we’re going to see soon.

Overall it was a nice trip and we are both really happy we had an opportunity to see it with our own eyes, as no picture can really give you the idea of how impressive this site is.

General information and tips on the Imperial City:

  • the entrance tickets cost 150.000 VND each (7 USD)
  • you will need at least 3 hours to see everything within the Imperial City and the museum
  • opening hours are 8 AM – 5.30 PM
  • there are shops and cafes in the Imperial City, so you can grab something to drink and to eat there
  • consider visiting the Museum of Royal Antiquities first
18
One of the many temples in the Imperial City // Jedna z wielu świątyń w Cesarskim Mieście

Cesarskie Miasto w Hue

[EN/PL] W trakcie naszego pobytu w Środkowym Wietnamie, wiedzieliśmy, że nie możemy pominąć wizyty w Hue. Miasto znajduje się 130 km na północny zachód od Hoi An, więc zdecydowaliśmy się pojechać autobusem (40 zł za osobę). Podróż była bardzo wygodna, bo trafiliśmy na autobus „do spania” – z wygodnymi łóżkami zamiast tradycyjnych siedzeń. Nasz terminarz pozwalał nam spędzić w Hue tylko jedną noc, więc zarezerwowaliśmy pokój w hotelu w pobliżu centrum miasta.

Z Hoi An do Hue

Opuściliśmy Hoi An o 8 rano i przybyliśmy do Hue około południa, z zaledwie jedną, dwudziestominutową przerwą w trakcie podróży. Autokar zatrzymał się na parkingu przydrożnego baru. Kiedy rozprostowywaliśmy nogi, podszedł do nas Wietnamczyk, najwyraźniej mieszkający w pobliskim miasteczku. Zapytał skąd jesteśmy i był niezwykle szczęśliwy, gdy usłyszał, że przyjechaliśmy z Ba Lan (Polska po Wietnamsku). Wyjaśnił nam, że kolekcjonuje monety i banknoty z całego świata. Jako dowód, zaprezentował nam swoją imponującą kolekcję. Nie potrafiliśmy mu odmówić i przed ruszeniem w dalszą drogę wręczyliśmy mu trochę polskich monet i jeden banknot.

Po zameldowaniu się w hotelu i pozostawieniu bagażu w pokoju, poświęciliśmy chwilę na podziwianie widoku z naszego balkonu na ósmym piętrze hotelu. Wyraźnie widzieliśmy Perfumową Rzekę i Cytadelę. Jako, że Cesarskie Miasto jest zamykane o 17:30, wciąż mieliśmy mnóstwo czasu by tam dotrzeć.

Muzeum Cesarskich Antyków

Zamiast udać się najprostszą drogą do Cesarskiego Miasta (wzdłuż rzeki), wybraliśmy się w głąb cytadeli by trochę pospacerować. Przypadkiem natrafiliśmy na muzeum, gdzie wszystkie najważniejsze i najpiękniejsze artefakty z Cesarskiego Miasta są przechowywane, konserwowane i wystawiane dla zwiedzających.

Wewnątrz znajduje się wiele mistrzowsko wykonanych przedmiotów, używanych przez wietnamską arystokrację na przestrzeni wieków. Imponujące meble, zdobione masą perłową i złotem, dzieła sztuki, królewska odzież i wiele więcej. Znajduje się tam wszystko, wystawione w gablotach w liczącym setki lat budynku. Zdecydowanie warto było tam zajrzeć, bo dało nam to pogląd na codzienne życie wietnamskich cesarzy i ich świty.

Cesarskie Miasto

Cesarskie Miasto, ze swoimi ogromnymi murami i wieżami dało się dostrzec z wyjścia z muzeum. Jego budowa zakończyła się w 1362 roku naszej ery i trwała ponad dwieście lat. Pomimo zniszczenia wielu budynków w trakcie Ofensywy Tet, wygląda na zadbane i przygotowane na przyjmowanie turystów z całego świata.

Bez żadnej kolejki kupiliśmy bilety i wkroczyliśmy do Cesarskiego Miasta. To, co przeczytaliśmy i widzieliśmy w Internecie, nie przygotowało nas na pierwsze wrażenie. Miasto jest ogromne. Duże, otwarte przestrzenie z mnóstwem zadbanych drzew, krzewów i trawników. Stawy zamieszkane przez złote karpie. Dziedzińce wystarczająco duże, by organizować na nich uroczystości dla setek, jeśli nie dla tysięcy ludzi.

Pierwszym budynkiem, który odwiedza każdy turysta jest Sala Najwyższej Harmonii, która była salą tronową, w której cesarz przyjmował oficjalne wizyty i udzielał audiencji. Każdy, najmniejszy nawet detal w tej sali został stworzony by przypominać gościom o potędze i znaczeniu cesarza. Samo wejście, liczne kolumny, tron – wszystkie pozłacane i wykonane przez prawdziwych artystów uświadomiło nam, jak ważne było to miejsce. Główny ośrodek władzy Cesarstwa Wietnamskiego. Następnie opuściliśmy salę tronową by zwiedzić resztę Cesarskiego Miasta.

Znajdują się tam dziesiątki budynków – prywatne pomieszczenia cesarzy i ich małżonek, świątynie, budynki administracyjne, biblioteka i wiele innych. Każdy kolejny budynek, który odwiedziliśmy, potęgował nasze uczucie rozczarowania. Wszystko wydawało się takie puste i… martwe? To prawdopodobnie przesada, ale odnieśliśmy wrażenie, że przynajmniej połowa budynków była zamknięta, albo nawet gorzej – zmieniona w tanie turystyczne atrakcje i sklepy z pamiątkami. Jeśli masz ochotę zasiąść na plastikowym tronie, przebrany za władcę Wietnamu – dobrze trafiłeś. Za dodatkową opłatą możesz nawet zrobić sobie zdjęcie z kłaniającymi Ci się „sługami”.

Zwiedziliśmy dosłownie każdy budynek, dziedziniec i ogród dostępny dla turystów (co zajęło nam około 3 godziny), a to co naprawdę nam się spodobało to sala tronowa, świątynie oraz ogrody w północno-wschodnim rogu miasta. Poszczęściło nam się, że najpierw trafiliśmy do muzeum, bo bez tego nie mielibyśmy pojęcia jak wyglądało tam życie w ubiegłych wiekach.

Być może nie podobało nam się aż tak bardzo ze względu na nasze wygórowane oczekiwania. To była dla nas lekcja, by unikać czytania pełnych zachwytu blogów albo przewodników na temat tego, co mamy wkrótce zobaczyć.

Podsumowując, to była miła wycieczka i oboje naprawdę się cieszymy, że mogliśmy zobaczyć Cesarskie Miasto na własne oczy, bo żadne zdjęcie nie potrafi oddać tego, jak imponujące i piękne jest to miejsce.

Ogólne informacje i wskazówki – Cesarskie Miasto w Hue

  • bilet kosztuje 150.000 VND (ok. 30 zł)
  • potrzeba co najmniej trzech godzin aby zobaczyć wszystko w granicach Cesarskiego Miasta i w muzeum
  • godziny otwarcia: 8:00-17:30
  • na terenie Cesarskiego Miasta jest wiele sklepików i kawiarenek, więc można na miejscu kupić coś do picia i do jedzenia
  • rozważ, czy nie lepiej najpierw odwiedzić muzeum

My Son Sanctuary – Hoi An – Part 3

My Son Sanctuary

[EN/PL] Long before our honeymoon started, we knew that we want to visit the My Son Sanctuary in the Central Vietnam. During our stay in Hoi An, we had managed to book a trip there, and we weren’t disappointed. We’d also like to tell you that we’re not huge fans of guided tours, as we tend to enjoy freedom during sightseeing and we both had bad previous experiences with such trips. Fortunately, convinced by our host in Hoi An, we signed on for a guided tour – it was very educating and really fun. I guess our guide was a comedian in his previous life :).

DSC_1419
Welcome to My Son!

History and facts on My Son Sanctuary

My Son is the Cham people holy city, located in Central Vietnam, not so far from Hoi An. If you are wondering what is it like, we could explain it to you with words of our Vietnamese guide: „Have you heard of Ankgor Wat? My Son is same, but smaller. Same, but different. Same-same, but different”. My Son Sanctuary was built and further developed for a thousand years, between 4th and 14th century A.D. Before it’s discovery in the beginning of 20th century, My Son remained hidden for centuries, as after the demise of Champa it was overrun by jungle and forgotten.

DSC_1501

French archaeologists discovered over 70 structures, most of them intact. As My Son was being uncovered, it became obvious that it was built only for religious purposes – no one was living there permanently. All the artifacts and structures found indicated, that this place was used only for important religious and state ceremonies, such as a burial of a king.

What’s even more interesting, scientists remain puzzled about the building technique used by the Cham, as there is no evidence of mortar or cement used to keep the bricks together. Two leading theories are that either a tree resin was used to connect the bricks, or that they were glued together with mortar made from the same clay the bricks were made of.

Unfortunately, the structures suffered greatly from American bombings during the Vietnam war – bomb craters can be seen everywhere around the site. Why was it bombed, you may wonder – and this question was asked by one of other tourists from our group. Our guide replied: Because Americans are CRAZY! Later on he clarified, that in fact it’s not Americans fault – during the war Viet Cong was hiding in there, so the US had no choice but to bomb the site.

DSC_1575
This temple took a direct hit with a bomb – it barely holds together // Ta świątynia została trafiona bombą – ledwo trzyma się w całości

My Son Sanctuary is a UNESCO World Heritage site since 1999, and is carefully studied and restored by scientists from Vietnam and from all over the world.

Tour to My Son

We left Hoi An at 7.30 in the morning and about two and a half hour ride we’ve arrived to My Son. We were given 20 minutes to stretch our legs a little, drink some coffee and use the toilet, and then we were handed our entry tickets. Our guide informed us, that we’re going to spend there two hours, which slighlty disappointed us, as we’re the type of tourists that like to see every little detail.

DSC_1454
Mr. Funny Guy aka our guide 🙂 // Pan Śmieszek – czyli nasz przewodnik 🙂

It was the first really hot day we had in Vietnam, and as we found out later – it wasn’t the best choice for a trip into the jungle. With 36 C temperature and over 90% humidity and no single cloud on the sky, we were sorry that we haven’t bought hats before going to My Son.

DSC_1469

Just after entering the site, an electric cart took us deeper into the jungle. The cart stopped, reaching entrance to actual My Son site – later on we had to walk. Amazed with the wild nature around us and astonished by the beautiful mountains sorrounding the valley, we walked towards the first group of monuments. Spider webs, that could be seen very often, reminded us that despite most of the trees in the vicinity of this ancient sanctuary were cut down, we’re still in the jungle.

DSC_1445

Those monuments, both those intact and those partially destroyed by the bombing during the Vietnam War, are the proof that the Champa civilization was truly advanced – all are architectural masterpieces, and the techniques used by the builders required significant engineering knowledge. Statues of Hindu deities all around this compound of temples, shrines and tombs are beautiful, yet… headless – as the French archaeologists decapitated all of the statues, to study them and later display them in Paris. Some of them are a part of a permanent exhibition in Louvre, but most of them are stored and hidden from the sight of the tourists. The Vietnamese asked the French to return the heads taken from My Son, which is now recognized as UNESCO World Heritage site. According to our guide, the French gave the most diplomatic and kind answer: „NO”.

DSC_1492

After two hours of walk and sightseeing, we were burnt by the sun, partially dehydrated (1,5 litre of water per person wasn’t enough…), bitten by mosquitoes and generally tired. But it was another highlight of our honeymoon in Vietnam and we’d definetely visit this place again. It’s really a must-see, if you’re in Central Vietnam. We were also lucky about the guide that was assigned to our trip. As he introduced himself: „I speak English very good, I’m the best guide in Vietnam!”, he wasn’t far from truth.

DSC_1587

Our trip to My Son concluded with a two hour boat cruise that took us back to Hoi An. We had a small lunch on the boat which made us really happy, with strange looks from other passangers. We ate an extra portion (not everyone likes rice with steamed vegetables – for us it was delicious!). Happy and full, we could enjoy the trip back to Hoi An and enjoy the views. That was a great day.

DSC_1550 (1)
Photobombed!

General information and tips on visiting My Son

  • Our tour, which included bus ride to My Son, a guide and a boat back to Hoi An costed us 280.000 VND (12 USD) per person
  • Entry tickets to My Son cost 150.000 VND (6,5 USD)
  • It’s safe as long as you don’t leave the path
  • Don’t forget DEET – there are lot of mosquitos
  • Bring at least 1,5 l of water per person
  • There’s a shop and a cafe on site, so you can also grab something to drink or eat

Święte Miasto My Son

[EN/PL] Na długo zanim rozpoczął się nasz miesiąc miodowy, wiedzieliśmy że chcemy odwiedzić Święte Miasto My Son w Środkowym Wietnamie. W trakcie naszego pobytu w Hoi An udało nam się wykupić odpowiednią wycieczkę i nie byliśmy rozczarowani. W tym miejscu chcielibyśmy zaznaczyć, że nie jesteśmy fanami wycieczek z przewodnikiem, bo raczej wolimy cieszyć się swobodą w trakcie zwiedzania i oboje mieliśmy wcześniej złe doświadczenia z tego typu wycieczkami. Na szczęście, przekonani przez naszego gospodarza w Hoi An, zapisaliśmy się na taką wyprawę – była bardzo pouczająca i świetnie się bawiliśmy. Zgaduję, że nasz przewodnik w poprzednim życiu był komikiem :).

Sanktuarium w My Son – historia i fakty

My Son to święte miasto Czamów, umiejscowione w Środkowym Wietnamie, niedaleko od Hoi An. Jeśli zastanawiasz się, jak wygląda, to odpowiemy słowami naszego wietnamskiego przewodnika: „Słyszeliście o Ankgor Wat? My Son jest takie samo, ale mniejsze. Takie samo, ale inne. Same-same, but different”. Sanktuarium w My Son zostało utworzone i rozbudowywane przez niemal tysiąc lat, pomiędzy czwartym a czternastym wiekiem naszej ery. Przed jego odkryciem na początku dwudziestego wieku, My Son pozostawało ukryte przez wieki, jako że po upadku Czampy zostało zarośnięte przez dżunglę i zapomniane.

Francuscy archeolodzy odkryli ponad 70 budowli, większość z nich w idealnym stanie. W trakcie odkrywania kolejnych struktur, stało się oczywiste, że zostały wybudowane wyłącznie do celów religijnych – nikt tam nigdy nie mieszkał na stałe. Wszystkie odkryte znaleziska i budowle wskazywały na to, że miejsce to było używane wyłącznie do ważnych obrzędów religijnych i państwowych – takich jak pogrzeb króla.

Co ciekawsze, naukowcy do dziś nie potrafią ustalić jaką techniką posługiwali się Czamowie wznosząc budynki, jako że brak jest śladów jakiejkolwiek zaprawy czy innego spoiwa, które utrzymywałoby cegły razem. Dwie główne teorie mówią, że do łączenia cegieł zastosowano żywicę, albo że cegły zostały połączone zaprawą wykonaną z tej samej gliny, z której wytworzono cegły.

Niestety budynki w dużym stopniu ucierpiały w trakcie amerykańskiego bombardowania w trakcie Wojny Wietnamskiej – kratery po bombach są rozproszone po całym kompleksie. Dlaczego zostały zbombardowane – możecie się zastanawiać. I to pytanie padło z ust jednego z turystów z naszej grupy. Nasz przewodnik szybko wyjaśnił: Bo Amerykanie to WARIACI! Później uściślił, że tak naprawdę nie była to wina Amerykanów – w trakcie wojny Viet Cong ukrywał się w My Son, więc Amerykanie nie mieli wyboru – musieli zbombardować kompleks.

Sanktuarium w My Son znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO od 1999 roku i jest badane i odtwarzane przez naukowców z Wietnamu i całego świata.

Wycieczka do My Son

Opuściliśmy Hoi An o 7.30 rano i około dwie i pół godziny później dotarliśmy autokarem do My Son. Dano nam dwadzieścia minut na rozprostowanie nóg, wypicie kawy i skorzystanie z toalety, a potem wręczono nam bilety wejścia. Nasz przewodnik oznajmił nam, że spędzimy tam około dwóch godzin, co nas odrobinę rozczarowało – lubimy zobaczyć każdy, najmniejszy nawet szczegół.

To był pierwszy naprawdę upalny dzień w trakcie naszego pobytu w Wietnamie. Jak dowiedzieliśmy się później – to nie był najlepszy wybór dnia na wycieczkę do dżungli. Z temperaturą 36 stopni w cieniu i wilgotnością ponad 90%, bez ani jednej chmurki na niebie, żałowaliśmy że nie kupiliśmy wcześniej kapeluszy.

Zaraz po wejściu na teren, elektryczny wózek zabrał nas w głąb dżungli. Wózek zatrzymał się po dojechaniu do wejścia na teren sanktuarium w My Son – później musieliśmy już iść. Będąc pod wrażeniem dzikiej natury dookoła nas i olśnieni pięknymi górami otaczającymi dolinę, ruszyliśmy w stronę pierwszej grupy budynków. Widoczne tu i ówdzie pajęczyny przypomniały nam, że pomimo tego, że większość drzew w pobliżu sanktuarium została wycięta, nadal znajdujemy się w dżungli.

Zarówno te budynki, które pozostały nienaruszone, jak i te zniszczone w bombardowaniu w trakcie Wojny Wietnamskiej, są dowodem na to, że cywilizacja Czampa była naprawdę zaawansowana – wszystkie są architektonicznymi dziełami sztuki, a techniki zastosowane przez budowniczych wymagały znacznej wiedzy inżynieryjnej. Posągi hinduskich bóstw rozproszone po tym kompleksie świątyń, kapliczek i krypt są piękne, lecz… pozbawione głów. Francuscy archeolodzy ścięli głowy wszystkim posągom, by je lepiej zbadać a potem wystawiać w Paryżu. Część z nich stanowi dziś element stałej wystawy w Luwrze, ale większość z nich jest zmagazynowana i ukryta przed wzrokiem turystów. Wietnamczycy poprosili Francuzów o zwrot głów zabranych z My Son, które znajduje się dziś na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Jak opowiedział nam przewodnik, Francuzi udzielili bardzo dyplomatycznej i uprzejmej odpowiedzi: „NIE”.

Po dwóch godzinach chodzenia i zwiedzania My Son, byliśmy oparzeni przez słońce, częściowo odwodnieni (1,5 litra wody na osobę to za mało…), pokąsani przez komary i zmęczeni. Był to jednak jeden z najlepszych dni naszej podróży poślubnej w Wietnamie i zdecydowanie odwiedzilibyśmy to miejsce ponownie. Jeśli kiedykolwiek zawędrujecie do Środkowego Wientamu – musicie to zobaczyć na własne oczy. Mieliśmy też szczęście do przewodnika. Kiedy się nam przedstawił na początku wycieczki, mówiąc „Ja mówię po angielsku bardzo dobry, jestem najlepszym przewodnikiem w Wietnamie!”, nie był daleki od prawdy.

Nasza wycieczka do My Son zakończyła się dwugodzinnym rejsem łodzią, która zabrała nas z powrotem do Hoi An. Na pokładzie podano skromny lunch, który nas strasznie uszczęśliwił, ku zdziwieniu innych pasażerów. Zjedliśmy nawet dodatkową porcję (a widać nie każdy lubi ryż z gotowanymi na parze warzywami – dla nas pychota!). Szczęśliwi i najedzeni, mogliśmy cieszyć się drogą powrotną do Hoi An i podziwiać widoki. To był wspaniały dzień.

The City of Tailors – Hoi An – Part 2

[EN/PL] Despite our first not so good impression of Hoi An, we had a wonderful time there. There’s really a lot of things to see, do and eat there :). It’s definetely a unique place, and whether you’re backpacking, travelling with your family or into luxurious resorts – it’s really a must see if you ever visit Central Vietnam.

The City of Tailors

The Ancient Town’s streets are really busy in high season, especially in the evenings. When we went there the next morning after checking in to our homestay, it looked and felt much different than during our first walk. We took our time exploring more and less popular streets and alleys. If you ever visit Hoi An’s Ancient Town, the first thing you are probably going to notice is a lot of tailor shops. Really a lot – like tens of them, on every single street.

5
There’s plenty of tailor shops in Hoi An – often three or four right next to eachother // W Hoi An jest mnóstwo zakładów krawieckich – często trzy lub cztery, jeden obok drugiego.

As Hoi An is commonly known as the City of Lanterns, the other nickname of this town is: The City of Tailors. Due to traditions cultivated for generations, this is probably the best place to get a tailor-made piece of garment in Vietnam. Most of the shops are used to really tight schedules of many tourists, thus they guarantee to deliver in 24 hours. Many of them are ready to make a tailored two piece suits for as low price as 150 USD, but don’t be fooled – in the end, you always get what you pay for. There’s no such thing as a cheap suit, perfectly made in 24 hours.

Cheap suit in Hoi An?

Most of the cheaper places (if not all) can’t really control the quality of the final product, as – according to what we’ve learnt – they outsource to one of a couple factories that work 24/7 to meet the demand on „cheap, highest quality and quickly” made suits or dresses. If you really want gament of the highest quality, it won’t come cheap nor in 24 hours, as experienced tailors need at least two fittings to make sure your dress or suit really suits you.

2
A fine selection of cloths at BeBe Tailor // Szeroki wybór tkaniny w BeBe Tailor

Visit to the tailor shop – BeBe Tailor

We’ve decided to trust our host, Tri and as advised by him, go to BeBe Tailor to place our orders. Two lovely ladies presented us with the choice of cloth, helped us to browse their vast catalogues based on a short interview on our expectations. Then we discussed details, like if the jacket’s sleeve buttons should be functional or what kind of zip should be used with the dress. Later we were both precisly measured, and finally, we talked about our schedule and when we’ll be available for fitting. Afterwards we were presented with the final price for everything we had ordered and we paid half of the sum upfront.

1
Discussing the details // Omawianie szczegółów
17546997_10209127314890368_4244512404665357830_o
Measurements in progress // Zdejmowanie miary 🙂

 

When we met with the tailors and our fitter two days later (Moon was responsible for the dresses, Anna for the suit and shirts, Anh was our fitter), we were both surprised with the amount of adjustments that were necessary to assure the highest quality of our garments. Anh is really talented, and we didn’t have to say a word – she found all the tiny flaws, explained them to us, and always asked if we agree with her opinion.

We were told that the tailors will need about 40 minutes to make the first adjustments, so we said that we’ll go for a walk to grab some Banh Mi from Madame Phuong (her famous Banh Mi restaurant is really close to BeBe). Anh looked at us, both already sunburnt (it was 35 C outside!) and told us to just sit and relax. Not more than 10 minutes later, one of the assistants handed us two delicious Madame Phoung’s Banh Mi :). It was so nice of them!

Forty minutes later we had a next fitting, with the adjustments already made by Moon and Anna. We were really satisfied – the clothes looked so much better! But Anh wasn’t, and she proposed some more little changes. As on the next day we were going to the Ly Son Island, we made an appointment for Sunday afternoon, as we were going to leave Hoi An on Monday.

7
Almost done!
6
Almost there! No buttons yet, so J had to hold his jacket for the picture – Prawie skończone! Nie było jeszcze guzików, więc J musiał przytrzymać marynarkę do zdjęcia 🙂

After our final fitting an adjustments made on Sunday, everything that we had ordered was delivered to our homestay. It wasn’t cheap, it wasn’t made quickly, but the quality is exceptional and I’m pretty sure we would pay at least four times this price if we were ordering these clothes in Poland.

To conclude, we are happy new owners of the following made-to-measure clothes:

  • two cotton and silk dresses

  • two cotton shirts

  • a two piece cashmere suit

I guess it would be expected to attach some pictures of the final products, but as we move and travel a lot, we don’t have these photos! But if you’d like us to dress up, I guess we can do that and do some selfie-stick photoshoot – just let us know in the comments section.

General information and guide how to get a bespoke suit or dress in Hoi An:

  • Firstly, you need to know what you want. Spend some time browsing the Internet, look for some pictures, maybe ask your friends for advice. You should go to the tailor with a general idea of what kind of garment you want, is it going to be formal or casual, what cloth should it be made of, what style are you interested in.
  • Don’t be cheap – it’s better to order one, good quality dress for 75 USD, than to order three low quality dresses 25 USD each.
  • Be prepared for at least two fittings – you won’t get anything really tailored for you in 24 hours. It’s best to place your order on the first day, so you’ll have time to visit the tailor at least two more times during your stay in Hoi An.
  • If you don’t like something or if you feel something isn’t right during the fittings – tell it to the fitter.
  • Respect expert opinions of fitters and tailors – they make hundreds bespoke suits and dresses a year, so they know they trade.
  • Price for a good quality two piece suit should be 250-350 USD, depending on the cloth you choose. Price for a good dress is about 75-175 USD, also depending on the cloth and amount of work that needs to be done.
8
Thanks for reading!

[EN/PL] Pomimo naszego niezbyt dobrego pierwszego wrażenia z wizyty w Hoi An, cudownie spędziliśmy tam czas. Można tam wiele zobaczyć, robić i zjeść :). To zdecydowanie wyjątkowe miejsce i niezależnie od tego czy podróżujesz z plecakiem, z rodziną czy lubujesz się w luksusowych ośrodkach wypoczynkowych – musisz zobaczyć Hoi An, jeśli kiedykolwiek zawędrujesz to Środkowego Wietnamu.

Miasto Krawców

Ulice Starego Miasta są zatłoczone w sezonie, w szczególności wieczorami. Kiedy wybraliśmy się tam następnego poranka po zameldowaniu się w pensjonacie, wyglądało zupełnie inaczej niż w trakcie naszego pierwszego spaceru. Nasze odczucia też były inne. Powoli zwiedzaliśmy bardziej i mniej popularne ulice i alejki. Jeśli kiedykolwiek odwiedzisz Starówkę Hoi An, to pierwszą rzeczą na jaką zwrócisz uwagę będzie zapewne mnóstwo warsztatów krawieckich. Naprawdę mnóstwo – dziesiątki, na każdej jednej ulicy.

Hoi An jest powszechnie znane jako Miasto Lampionów, ale jego drugą nazwą jest: Miasto Krawców. Dzięki pielęgnowanym przez pokolenia tradycjom krawieckim, to prawdopodobnie najlepszego miejsce w Wietnamie by sprawić sobie szyte na miarę ubrania. Większość sklepów jest przyzwyczajona do pracowania w oparciu o bardzo napięte harmonogramy wielu turystów, więc zobowiązują się zrealizować zamówienie w 24 godziny. Wiele zakładów jest gotowe wykonać szyty na miarę dwuczęściowy garnitur za tak niską cenę jak 150 dolarów, ale nie łudźcie się – koniec końców zawsze dostaje się to, za co się płaci. Nie istnieje coś takiego, jak tani, idealnie uszyty garnitur w 24 godziny.

Tani garnitur w Hoi An?

Większość tańszych zakładów (jeśli nie wszystkie), nie mają tak naprawdę kontroli nad jakością produktu, ponieważ – zgodnie z tym, czego się zdołaliśmy dowiedzieć – zlecają na zewnątrz szycie do jednej d kilku fabryk, które pracują 24 godziny na dobę by zaspokoić popyt na „tanio, wysokiej jakości i szybko” uszyte garnitury i sukienki. Jeśli naprawdę chcesz odzież najwyższej jakości, to nie będzie ona ani tania, ani gotowa w dobę, ponieważ doświadczony krawiec potrzebuje co najmniej dwóch przymiarek by upewnić się że twoja sukienka lub garnitur naprawdę dobrze na tobie leży.

Wizyta u krawca – BeBe Tailor

Postanowiliśmy zaufać naszemu gospodarzowi, Tri i zgodnie z jego radą udać się do BeBe Tailor by złożyć nasze zamówienie. Dwie urocze panie zaprezentowały nam szeroki wybór tkanin, pomogły nam obejrzeć rozległe katalogi w oparciu o krótką rozmowę na temat naszych oczekiwań. Potem omówiliśmy szczegóły, takie jak to, czy guziki na rękawach marynarki mają być funkcjonalne albo jaki rodzaj suwaka powinien być użyty w sukience. Później oboje zostaliśmy dokładnie zmierzeni i na koniec porozmawialiśmy o naszym terminarzu i o tym, kiedy będziemy gotowi na przymiarki. Następnie przedstawiono nam ostateczną cenę za całość zamówienia i zapłaciliśmy połowę kwoty z góry.

Kiedy dwa dni później spotkaliśmy się z naszą fitterką oraz krawcowymi (Moon odpowiadała za sukienki, Anna za garnitur i koszule, a Anh była naszą fitterką), oboje byliśmy zaskoczeni ilością poprawek które były niezbędne by zapewnić najwyższą jakość naszych strojów. Anh jest niezwykle utalentowana i nie musieliśmy się nawet zająknąć – znalazła wszystkie drobne rzeczy do poprawienia, wyjaśniła je nam i zawsze pytała, czy zgadzamy się z jej zdaniem.

Powiedziano nam, że krawcowe będą potrzebowały około 40 minut by dokonać pierwszych poprawek, więc zaproponowaliśmy, że przejdziemy się po Banh Mi od Madame Phuong (jej słynna restauracja jest bardzo blisko Bebe). Anh spojrzała na nas, oboje już spalonych słońcem (35 stopni na zewnątrz!) i powiedziała żebyśmy po prostu usiedli i się odprężyli. Nie dalej niż dziesięć minut później, jedna z asystentek wręczyła nam dwie pyszne Banh Mi (oczywiście od Madame Phuong) :). To było naprawdę miłe.

Czterdzieści minut później odbyła się kolejna przymiarka, po wprowadzonych już poprawkach przez Moon i Annę. Byliśmy naprawdę zadowoleni – ubrania wyglądało dużo lepiej. Ale Anh nadal nie była usatysfakcjonowana i zaproponowała jeszcze kilka niewielkich zmian. Jako, że następnego dnia wybieraliśmy się na wyspę Ly Son, umówiliśmy się na niedzielne popołudnie, bo w poniedziałek mieliśmy już opuszczać Hoi An.

Po ostatnich przymiarkach i poprawkach wykonanych w niedzielę, wszystko co zamówiliśmy zostało dostarczone prosto do naszego pensjonatu. Nie było tanio, nie było szybko, ale jakość jest naprawdę wyjątkowa. Bez wątpienia zapłacilibyśmy co najmniej czterokrotnie więcej, gdybyśmy chcieli zamówić takie ubrania w Polsce.

Podsumowując, jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami poniższych, szytych na miarę ubrań:

  • dwie bawełniano-jedwabne sukienki
  • dwie bawełniane koszule
  • dwuczęściowy kaszmirowy garnitur

I guess it would be expected to attach some pictures of the final products, but as we move and travel a lot, we don’t have these photos! But if you’d like us to dress up, I guess we can do that and do some selfie-stick photoshoot – just let us know in the comments section.

Zapewne spodziewaliście się, że załączymy zdjęcia ukończonych ubrań, ale z uwagi na to, że często się przeprowadzamy i dużo podróżujemy – nie mamy takich zdjęć! Ale jeśli chcecie, to możemy się ubrać i zrobić sesję zdjęciową selfie stickiem – dajcie tylko znać w komentarzach.

Ogólne informacje i wskazówki jak zamówić szyty na miarę garnitur lub sukienkę w Hoi An

  • Przede wszystkim, musisz wiedzieć, czego oczekujesz. Poświęć trochę czasu na przeglądanie Internetu, poszukaj zdjęć, być może zapytaj przyjaciół o radę. Do krawca należy się wybrać przynajmniej z ogólnym pomysłem na ubiór, który chcesz zamówić – czy ma być to strój oficjalny, czy codzienny, z jakiej tkaniny powinien być wykonany, jaki styl cię interesuje.
  • Nie bądź sknerą – lepiej zamówić jedną, dobrej jakości sukienkę za 75dolarów, niż trzy niskiej jakości po 25 dolarów każda.
  • Przygotuj się na przynajmniej dwie przymiarki – nie dostaniesz nic naprawdę uszytego na miarę w 24 godziny. Najlepiej złożyć zamówienie pierwszego dnia w Hoi An, tak aby mieć jeszcze czas na co najmniej dwie wizyty u krawca
  • Jeśli coś ci się nie podoba, albo czujesz że coś nie pasuje w trakcie przymiarek – powiedz to fitterowi.
  • Szanuj ekspercką opinię fitterów i krawców – szyją setki garniturów i sukienek rocznie, więc znają swój fach.
  • Cena za dobrej jakości dwuczęściowy garnitur to około 250-350 dolarów, w zależności od wybranej tkaniny. Cena za dobrą sukienkę to około 75-175 dolarów, również w zależności od wybranej tkaniny oraz ilości pracy, którą trzeba będzie wykonać.

The secret place – Ly Son Island

From Hoi An to Ly Son

[EN/PL] On Friday morning we’ve left Hoi An and headed for Sa Ky Port in Binh Chau, where we were about to board a boat which would get us to Ly Son island. There was no convenient bus connection, so we asked our host in Hoi An to arrange a car and a driver for us.  On our way South, we had seen giant burial grounds, extending on both sides of the road. The tombs of both poor and rich were all around us, so we had been admiring them for quite some time while driving past them, feeling a little bit uneasy but also fascinated. It was like driving through a cemetery.

DSC_1795
On our way to Sa Ky Port we drove past hundreds, if not thousands, tombs like this. // W drodze do portu Sa Ky mijaliśmy setki, jeśli nie tysiące grobowców, takich jak te

After about two-hour drive, our car stopped right in front of the Sa Ky ferry terminal. There we bought our ferry tickets, for a fair price of 120.000 VND (5 USD) for a ticket. Soon we boarded the boat, excited to see the island soon. One hour later we finally reached the pier.

DSC_1847
Ly Son, here we come! // Ly Son, nadchodzimy!
DSC_1821
I guess they love rubber stamps at the Sa Ky port… How many stamps can you count? 🙂 // Wygląda na to, że w porcie Sa Ky uwielbiają pieczątki. Spróbuj policzyć ile ich jest 🙂

Day 1 – exploring the Ly Son Island

This small island, inhabited by 20.000 people, is getting more and more popular among the Vietnamese for short holidays. On the Internet we’ve seen many beautiful pictures taken here, and encouraged by that we’ve decided to see it as a part of our visit to the Central Vietnam, as recommended by our friend Mike. What’s interesting, Ly Son translates to “the beautiful island”.

This island of volcanic origin is famous for it’s garlic, which grows on well cared sandy farms. The locals mostly make the living out of farming and fishing, but there are also some shops, a couple of restaurants and hotels. There’s also almost no traffic, so it’s actually peaceful and quiet, it also seems very safe.

DSC_1895
Garlic! // Czosnek!

You can travel around the island by taxi or you can rent a motorbike from most hotels. Be prepared though, as it’s nearly impossible to communicate in English here. To us, Google Translate was somewhat helpful – mostly with some basic words like “toilet”, “port” or “beach”. People here are very friendly and they WANT TO understand you, so you can also try to show them what you mean with your hands or by making some sounds.

On our first day we’ve decided to go for a long walk to see how the people actually live here. If you are following this blog, you may have an idea that we’re mostly interested in big tourist attractions, but in fact what we love about travelling is meeting people and seeing some real life, which is often hidden from the tourists’ sight.

While exploring the island we had felt like we were the only Westerners on the island. A weird feeling, as so far we’ve been mostly to popular tourist destinations like Hanoi, Hoi An or Hue. And here, people of all ages staring and pointing at us, smiling and waving, there was also an occasional “HELLO!”  yelled enthusiastically by children or “bonjour” from the elders. Soon we’ve decided to do some shopping in some local stores. After buying two pairs of shorts, some famour Ly Son garlic to take it home, we sat in a local bar. Being the only customers there, we’ve enjoyed our beer and relaxed.

DSC_1943

The sea here is beautiful – we admired the sun setting over clear, azure waters of South China Sea, and then we took a taxi back to our hotel, with plans for the next day – there’s another island, a little bit North of Ly Son. According to the hotel receptionist, it’s very popular for it’s beauty.

DSC_1921

Day 2 – Dao Be (the Little Island)

The Little Island (Dao Be) is just 10 minutes away by a speedboat from Ly Son port. The tickets there and back cost 80.000 VND (4 USD), and can be bought in a small booth in the port. While buying tickets you are supposed to fill in a passanger roster with your name, home country and year of birth. After doing so, you get your tickets and wait for the speedboat to be prepared – it will leave the port as soon, as there’s enough passengers gathered (we had to wait 15 minutes). What’s actually pretty good, the crew requires all passengers to wear life vests during this short trip.

Soon we’ve arrived to the Little Island and went for a walk around the island, starting from the North side. The beauty of nature here is astonishing, but as soon as we’ve reached the beach, the amount of trash there wiped the smiles out of our faces for a moment.

DSC_2015

Both Ly Son and the Little Island could’ve been a tourists paradises, but both islands are heavily polluted with all sort of garbage. The Little Island beaches are full of plastic bottles and other trash – mostly of Chinese origin. All the beaches on the Little Island are wild and aren’t maintained at all. It’s a pity, but let’s hope local authorities will fix this problem within the next few years – there’s a real chance for that, as Ly Son (together with the Little Island) were recently chosen by the Vietnamese Government as one of 41 national tourists destinations.

DSC_2011

There’s not much to do here – the locals living on the island are mostly fishermen, and also garlic seems to be a thing here. But what looks like the Little Island’s speciality are… peanuts. Peanuts everywhere. There are also some beach bars, where you can have something to eat and drink. Prices there are very reasonable. At, Cafe Bai Dua, a small familly-run beach bar, which is about 5 minutes walk from the port, we had some beer and freshly fried peanuts – delicious, and absolutely different in taste than those you can buy in a European supermarket.

DSC_2040
Peanuts! // Fistaszki!

At the very same bar we’ve also realised that we’re not the only Westerners here – there were this two fun French backpackers, with whom we shared the absurd amount of peanuts we bought. As we talked for a moment, the girls admitted that they haven’t been to Hoi An yet, so we offered them to share a ride to Hoi An on the next day.

DSC_2369
Cafe Bai Due

Later on, the owners of Cafe Bai Due sat together for lunch… and invited us to taste one more speciality on the islands – fried sea snails. This was the first time for both of us to eat snails and it was so good, we asked for more. Our hosts were surprised that we liked it and found it hillarious for some reason ;). I know we’re telling this in every single post we make, but I really need to say it again: the Vietnamese are one of the most tourist-friendly nations we’ve encountered so far.

As we still had some time before the departure of last speedboat, we went to explore the eastern side of the island. We walked along the coast, took some great pictures and generally we had really good time there.

DSC_2135
Surprised J. is surprised. // Zaskoczony J. jest zaskoczony 😉
DSC_2027
Looking for seashells is always fun 🙂 // Poszukiwanie muszelek to zawsze świetna zabawa 🙂
DSC_2142
Sunburns incoming! // Nadchodzą oparzenia!

 

Is Ly Son worth visiting?

It’s really up to you and your expectations. We were a bit disappointed, but overall we’re both happy that we spent here those two days. The sunsets were beautiful, the sea is perfect, the nature is breathtaking, but unfortunately the pollution here might make you question the idea of going there –  piles of trash are really the main problem here. Also the big island (the actual Ly Son island 😉 ) lacks sandy beaches – sand had been excavated by the locals for years to keep their garlic farms running.

There are also some temples, a cave and a museum to visit on Ly Son, but we haven’t been there due to lack of time and will (the sunburns effectively kept us in the hotel room on our last afternoon on the island).

DSC_2101

We liked our visit to Ly Son a lot, actually it’s one of the most beautiful places we’ve seen so far and we’re glad we came here. It’s not crowded with tourists, and still has a lot of beauty – let’s hope it will be preserved.

DSC_2105

General Infromation and Tips on visiting Ly Son:

  • The ferry from Sa Ky Port in Binh Chau costs 120.000 VND (5 USD) per person and the travel time is apx. 1 hour
  • The speedboat from Ly Son to the Little Island costs 40.000 VND (2 USD) per person, travel time is apx. 10 minutes. The last boat leaves the Little Island at 2 PM.
  • The hotels vary in prices – starting from 150.000 VND per night for a room with no air conditioning (7 USD), up to 60 USD for a night in a 4 star hotel with breakfast included.
  • There are taxis operating on Ly Son – they can be usually found right next to the port exit
  • There’s an ATM near the port, so you can always withdraw some money if you’re short on cash
  • You can rent a motorbike, a car or take a taxi – there are no bicycles for rent here.

Droga z Hoi An do Ly Son

[EN/PL] W piątek rano opuściliśmy Hoi An i udaliśmy się do portu Sa Ky w miejscowości Binh Chau, gdzie mieliśmy wsiąść na statek, który zabierze nas na wyspę Ly Son. Nie było żadnego dogodnego połączenia autobusowego, więc poprosiliśmy naszego gospodarza w Hoi An o zorganizowanie dla nas samochodu z kierowcą. Po drodze na południe, widzieliśmy ogromne tereny pogrzebowe, rozciągające się po obu stronach drogi. Krypty zarówno biednych jak i bogatych były wszędzie wokół nas, więc podziwialiśmy je przez jakiś czas – jadąc między z fascynacją, choć czując się też odrobinę nieswojo. To trochę jak jazda przez cmentarz.

Po około dwugodzinnej jeździe, nasz samochód zatrzymał się przed terminalem promów w porcie Sa Ky. Tam kupiliśmy bilety, za uczciwą cenę 120.000 VND (20 zł) za bilet. Wkrótce wsiedliśmy na pokład naszej łodzi, towarzyszyła nam ekscytacja, że wkrótce zobaczymy wyspę na własne oczy. Godzinę później dotarliśmy do przystani.

Dzień 1 – odkrywanie wyspy Ly Son

Ta mała wyspa, zamieszkana przez 20 000 mieszkańców, staje się coraz bardziej popularna wśród Wietnamczyków szukających miejsca na krótki urlop. W Internecie widzieliśmy mnóstwo pięknych zdjęć zrobionych na wyspie i zachęceni tym zdecydowaliśmy się, że zatrzymamy się tu w ramach naszego pobytu w Środkowym Wietnamie, tak jak doradził nam nasz przyjaciel Mike. Co ciekawe, Ly Son oznacza „piękna wyspa”.

Ta wulkaniczna wyspa jest znana z uprawianego tu czosnku, który rośnie na zadbanych, piaszczystych farmach. Miejscowi żyją głównie z upraw i rybołówstwa, ale można też znaleźć tu sklepu, kilka knajp i hoteli. Praktycznie nie ma tu ruchu drogowego, więc jest spokojnie i cicho, a także bardzo bezpiecznie.

Po wyspie można się poruszać taksówką, ale w większości hoteli można też wynająć skuter. Należy się przygotować na to, że niemal niemożliwe jest tu dogadanie się po angielsku. Tłumacz Google okazał się być pomocny, głównie przy tłumaczeniu podstawowych słów, takich jak „toalleta”, „port” czy „plaża”. Ludzie są tu bardzo przyjaźni i CHCĄ CIĘ zrozumieć, więc zawsze można spróbować pokazać im o co chodzi za pomocą rąk lub wydając dźwięki.

Pierwszego dnia zdecydowaliśmy się wybrać na długi spacer, by zobaczyć jak ludzie tu żyją. Jeśli śledzisz tego bloga, to możesz odnieść wrażenie, że interesują nas głównie wielkie atrakcje turystyczne, ale szczerze mówiąć to, co kochamy w podróżowaniu to poznawanie ludzi i ich życia, które często jest ukrywane przed wzrokiem turystów.

W trakcie zwiedzania wyspy czuliśmy się, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi z zachodu na wyspie. Dziwne uczucie, zwłaszcza, że do tej pory byliśmy głównie w popularnych miejscowościach turystycznych takich jak Hanoi, Hoi An czy Hue. Tutaj ludzie w każdym wieku gapią się na nas i pokazują nas sobie palcami, uśmiechają się i machają, co jakiś czas słyszymy wykrzyczane entuzjastycznie przez dzieci „HELLO!”, albo „bonjour” od starszych mieszkańców wyspy. Wkrótce zdecydowaliśmy się zrobić małe zakupy w miejscowych sklepach. Po kupieniu dwóch par szortów i odrobiny słynnego czosnku z Ly Son, zasiedliśmy w miejscowej knajpce. Będąc jedynymi klientami, odprężyliśmy się i cieszyliśmy się piwem.

Morze jest cudowne – podziwialiśmy zachód słońca nad czystymi, błękitnymi wodami Morza Południowochińskiego, a potem wróciliśmy taksówką do naszego hotelu, z ułożonymi planami na następny dzień – odrobinę na północ od Ly Son jest druga wyspa, która zdaniem recepcjonistki z naszego hotelu jest bardzo popularna ze względu na swoje piękno

Dzień 2 – Cù Lao Bờ Bãi (Malutka Wyspa)

Malutka Wyspa (Cù Lao Bờ Bãi) znajduje się w odległości zaledwie 10 minut motorówką z portu Ly Son. Bilet w tę i z powrotem kosztuje 80.000 VND (13 zł) i można go kupić w małej budce w porcie. Przy kupowaniu biletów należy wpisać się na listę pasażerów, podając swoje imię i nazwisko, kraj pochodzenia oraz rok urodzenia. Po wpisaniu się na listę, otrzymuje się bilety i należy poczekać na naszykowanie motorówki – opuści port, jak tylko zbierze się wystarczająco dużo pasażerów (my czekaliśmy 15 minut). Załoga wymaga od pasażerów założenia kapoków na tę krótką wyprawę, co akurat jest bardzo fajne.

Wkrótce dotarliśmy na Malutką Wyspę i ruszyliśmy na spacer dookoła wyspy, zaczynając od północy. Piękno natury jest tu olśniewające, ale jak tylko dotarliśmy na plażę, to ilość nagromadzonych tam śmieci na chwilę zmyła z naszych twarzy uśmiechy.

Zarówno Ly Son jak i Malutka Wyspa mogłyby być rajami dla turystów, ale obie są w dużym stopniu zanieczyszczone wszelkimi rodzajami śmieci. Plaże Malutkiej Wyspy są pełne plastikowych butelek i innych odpadów – głównie chińskiego pochodzenia. Wszystkie plaże na Malutkiej Wyspie są dzikie i zupełnie zaniedbane. Wielka szkoda, choć można mieć nadzieję, że miejscowe władze zajmą się tym problemem w nadchodzących latach – jest na o realna szansa, ponieważ obie wyspy zostały niedawno wytypowane przez wietnamski Rząd jako jeden z 41 narodowych ośrodków turystycznych.

Nie ma tu zbyt wiele do robienia – miejscowa ludność to głównie rybacy. Uprawia się tu również czosnek, ale to co wygląda na specjalność Malutkiej Wyspy to… orzeszki ziemne. Jest tu mnóstwo orzeszków ziemnych – są praktycznie wszędzie. Jest też kilka plażowych barów, gdzie można kupić coś do jedzenia i do picia. Ceny są bardzo rozsądne. W Cafe Bai Dua, małym, rodzinnym barze plażowym, zamówiliśmy piwo i wieżo prażone orzeszki ziemne – pyszne i smakujące zupełnie inaczej, niż znane nam orzeszki z supermarketów.

W tym samym barze zorientowaliśmy się, że nie jesteśmy jedynymi ludźmi z zachodu na wyspach – spotkaliśmy dwie zabawne backpackerki z Francji, z którmi podzieliliśmy się absurdalną ilością zamówionych przez nas fistaszków. Po krótkiej rozmowie, dziewczyny przyznały, że nie były jeszcze w Hoi An, więc zaproponowaliśmy im podwózkę do Hoi An następnego dnia.

Później, właściciele Cafe Bai Due zasiadli do lunchu… i zaprosili nas do spróbowania jeszcze jednej specjalności wysp – smażonych morskich ślimaków. Oboje nigdy wcześniej nie jedliśmy ślimaków, a były tak pyszne, że poprosiliśmy o więcej. Nasi gospodarze byli zaskoczeni, że nam posmakowały i z jakiegoś powodu uznali to za niezwykle zabawne ;). Zdaję sobie sprawę, że piszemy o tym praktycznie w każdym naszym wpisie, ale muszę to powtórzyć jeszcze raz: Wietnamczycy są jednym z najbardziej przyjaznych dla turystów narodów, jakie do tej pory poznaliśmy.

Jako, że mieliśmy jeszcze trochę czasu do wypłynięcia ostatniej tego dnia motorówki, ruszyliśmy zwiedzać wschodnią stronę wyspy. Spacerowaliśmy wzdłuż wybrzeża, zrobiliśmy trochę pięknych zdjęć i świetnie się bawiliśmy.

Czy warto odwiedzić Ly Son?

Tak naprawdę, to wszystko zależy od ciebie i twoich oczekiwań. My byliśmy odrobinę rozczarowani, ale oboje cieszymy się, że spędziliśmy tu te dwa dni. Zachody słońca były przepiękne, morze jest cudowne, przyroda zapiera dech w piersiach, choć niestety zanieczyszczenie może być powodem do rozważenia przybycia tutaj – sterty śmieci są podstawowym problemem. Dodatkowo, duża wyspa (czyli Ly Son) jest pozbawiona piaszczystych plaż – piach był przez lata wydobywany przez miejscowych w celu utrzymywania i rozwijania upraw czosnku na wyspie.

Są tu też świątynie, jaskinia i muzeum, ale nie mieliśmy czasu ich zobaczyć – oparzenia słoneczne skutecznie zatrzymały nas w hotelowym pokoju naszego ostatniego popołudnia na wyspie.

Wizyta na Ly Son bardzo nam się spodobała, tak naprawdę to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie mieliśmy okazję zobaczyć i cieszymy się, że tu przybyliśmy. Wyspy nie są zatłoczone przez turystów i jest tu nadal wiele piękna – miejmy nadzieję, że będzie ono chronione.

Ogólne informacje i wskazówki na temat Ly Son:

  • Prom z portu Sa Ky w Binh chau kosztuje 120.000 vnd (20 zł) za osobę, a podróż trwa ok. godzinę
  • Motorówka z Ly Son na Malutką Wyspę kosztuje 40.000 VND (8 zł) za osobę, a podróż trwa około 10 minut. Ostatnia motorówka opuszcza Malutką Wyspę o 14:00.
  • Ceny hoteli na wyspie bardzo się różnią – zaczynają się od 150.0000 VND (25 zł) za noc w pokoju bez klimatyzacji, aż po 60 dolarów (240 zł) za noc w czterogwiazdkowym hotelu ze śniadaniem wliczonym w cenę.
  • Na Ly Son funkcjonują taksówki – zazwyczaj stoją zaraz przy wyjściu z portu.
  • W pobliżu portu jest bankomat, więc zawsze możesz wypłacić trochę pieniędzy, jeśli zabraknie ci gotówki
  • Na wyspie można wynajać skuter, samochód albo przemieszczać się taksówkami – nie ma wypożyczalni rowerów.

 

 

 

The City of Lanterns – Hoi An – Part 1

From Hanoi to Hoi An

[EN/PL] On Sunday afternoon we took a plane from Hanoi Noi Bai International Airport heading to Da Nang, Central Vietnam with Vietnam Airlines. Last week we’ve made an attempt to buy plane tickets on our own, but as planes to Da Nang take off at least once per hour, we had a lot of trouble with looking for affordable tickets on days that we were interested in. With help of the hotel staff in Hanoi we’ve managed to buy tickets at a real good price – 45 USD per person (luggage included).

DSC_0715

After one hour of flight we’ve reached Da Nang. Right behind the exit from the arrivals hall, a driver sent by our homestay in Hoi An has been waiting. Minutes later we were on our way to the City of Lanterns, which is apx. 40 km southeast of Da Nang. Moments after passing the Marble Mountains, out driver’s asked us if we wanted to stop by one of the many shops offering crafts, mainly made of marble and amethyst. As we had a plan to buy a little happy Buddhha sculpture for our home in Warsaw, we agreed.

Please notice: in Vietnam usually if somebody recommends you a specific store, it means they’ll get a commission for bringing a customer. Don’t get me wrong – it’s not bad, as long as you actually like the recommended place and wares it sells or services it offers. It’s just good to be aware of the fact.

DSC_0740
“The best place to buy sculptures in Marble Village” // “Najlepsze miejsce do kupienia rzeźb w Marmurowej Wiosce”

Thirty minutes later we’ve arrived at our homestay, recommeded to us by our host in Hanoi. Located in an excellent location, just by the night market, not more than 10 minutes walk from the Ancient Town. Right after we had moved in to our room at Moon’s Homestay, we went for our first evening walk around Hoi An.’s Ancient Town.

First impressions of Hoi An Ancient Town

The first thing that struck us, that it was flooded by tourists from all over the world. Before visiting Hoi An we’ve been thinking that Hanoi ‘s Old Quarter is full of travellers. We’ve been wrong. Compared to Hoi An, the capital’s of Vietnam Old Town is calm and spacious. In Hoi An you can see all types of tourists – beginning with backpackers, who choose to stay in less expensive homestays pretty far from the Ancient Town, through famillies, who value comfort and safety, to those who prefer luxurious resorts. All sorts of people, all with different approach to travelling but with one in common – being in awe of the magical atmosphere, architecture and wonderful view on the river, that the Ancient Town offers. Please note, that it’s UNESCO World Heritage Site since 1999.

DSC_0770
Hoi An Ancient Town by night / Stare Miasto Hoi An nocą

To enter the Ancient Town you need to buy a ticket for a fairly reasonable price – 120.000 VND (5 USD). The ticket entitles you to enter up to 5 places Hoi An’s Ancient Town has to offer – like the famous Japanese Bridge, the museums and temples. Remember, that if you use up all 5 coupons, you need to buy another ticket to be allowed into the Ancient Town (even if you’re not going to visit the places mentioned above).

The Famous Bahn Mi

As it was pretty late already, we’ve decided to just walk around a bit, admiring the architecture, beautiful silk lanterns hanging over streets and alleys. What’s also great, a big part of the Ancient Town is a pedestrian zone, so you don’t need to dodge motorbikes. We’ve been heading to a Banh My (a Vietnamese baguette sandwich) place, recommended by one of the bloggers we follow – She who travels. Thanks to our host in Hoi An – Tris, we’ve managed to find the famous Madame Phuong Bahn Mi restaurant without any trouble.

We had spotted it from distance, as there was a queue of travellers long enough to reach the street, waiting in line for their sandwiches. Not more than 10 minutes later, we gnawed on our sandwiches. Heaven in our mouths. It was absolutely delicious. So good, that encouraged by my other half I ordered another one, seconds after I had finished the first one. I guess Anthony Bourdain was right about this place, which was featured in his No Reservations show. And the price? I couldn’t believe it – 25.000 VND (1 USD), for the best street food we’ve had in our lives so far.

DSC_0780
D-e-l-i-c-i-o-u-s

The river is there

After that meal, we’d stopped for a moment at the Central Market to buy some spice to take home. With some haggling involved, we got three bags of pepper (green, white, black) for 80.000 VND total (3,5 USD). After a short walk, full of admiration for the silk lanterns, we finally sat at one of the numerous restaurants by the river, which tempt tourists with “Happy Hour” – buy one beer, get one free.

The Vietnamese guy, who welcomed us to his family restaurant was really funny and helpful. We got there just before 8 PM, and after we had our first drinks we’d realised that happy hours had ended right after we placed our first order. About the funny part: when one of us asked him for directions for the toilet, he pointed behind us with a poker face: “No toilet. River is right there”. Five seconds of awkward silence later, they both had laughed and he gave the directions for the actual toilet :).

DSC_1393
The City of Lanterns – Miasto Lampionów

No, thank you

So we sit there, tasting the local beer and waiting for some spring rolls we had ordered, when a street vendor approached our table, offering us postcards she sells. We say: no, thank you. Five minutes later another one comes, offering exactly the same postcards. We say no. And it goes like this – every 5-15 minutes, someone approaches us and wants us to buy their stuff. Postacards, snacks, doughnuts, newspapers, toys and other overpriced items. It’s okay if someone approaches you once in a while, but it’s really irritating if you need to say “NO, thank you” every 15 minutes of your time in the Ancient Town. And it’s even worse, when those vendors try to push you to buy their stuff anyway with texts like “Why not?”, “Buy for family”, “Very cheap, very cheap”. The same goes with restaurants – you won’t pass by a restaurant without being asked to come in and eat or drink – and with boats (5 USD for a 5 minute “trip” and a paper lantern you can place on water for “good luck”).

It’s the way people make money here – and it looks like tourists coming to Hoi An actually buy a lot of these stuff and services. And it’s fine, as long as everyone’s happy.

Motorbike Taxi

After we had finished our beer and after be had blown off seven more irritating vendors, we were ready to pay the bill. The Vietnamese guy from the restaurant surprised us with the asked amount – we were sure that we’ll have to pay full price for all drinks we had, but he said “I invite you happy hours, so all is happy hours for you” – half of the drinks were free. We’d left a tip, and headed back to our homestay. Moments later we’ve heard offers from “motorbike taxis” to take us back to our homestay, but as advised by our host – we both said “No, thank you” again. Here’s a useful tip: never, ever take a motorbike taxi, unless it’s a driver recommended to you by someone you trust. These “motorbike taxis” are there to drive you to a dark alley and rob you of your money and valueables. I don’t think we would ever use a moto-taxi, as we really like long walks, yet still we’re very thankful to Tris for warning us. I thought that we’re lucky to have a host like this, when I had read this blog entry, especially the part about Hoi An at Tina in Thailand blog – it’s really worth reading.

We got safely to our homestay and we called it a night.

General information and tips – “How to Hoi An”

  • The entry ticket to the Ancient Town costs 120.000 VND (5 USD) – it grants you entry to the Ancient Town and to 5 ticketed sites like museums etc. It’s valid as long as it has at least one coupon left. You can enter the Ancient Town multiples times during your stay in Hoi An.
  • Never take an offer from so called “motorbike taxis” – they will try mug you!
  • When approached by street vendors, be firm but polite – “No, thank you” is usually enough for them to leave you alone
  • Don’t miss Madame Phoung’s Bahn My restaurant – only 25.000 VND (1 USD) for this delicious baguette sandwich
  • Watch out for pickpockets and thieves – wear your backpack on both straps, keep your valuables in a safe place, leave your passports at the hotel you’re staying
  • Always try to haggle when buying stuff – you can easily get 10% off any price given in Hoi An, up to 30% if you’re good. Also, don’t buy at the first place you enter – do some reconaissance on the prices around.

 

Z Hanoi do Hoi An

[EN/PL] W niedzielę po południu polecieliśmy z Międzynarodowego Lotniska Noi Bai w Hanoi do Da Nang w Wietnamie Środkowym, liniami Vietnam Airlines. W ubiegłym tygodniu próbowaliśmy sami kupić bilety, ale z uwagi na to, że samoloty do Da Nang startują co najmniej raz na godzinę, mieliśmy duży kłopot z szukaniem biletów w rozsądnych cenach w dniach, które nas interesowały. Z pomocą obsługi hotelu w Hanoi udało nam się kupić bilety w naprawdę dobrej cenie – 45 dolarów za osobę (bagaż wliczony).

Po godzinie lotu dotarliśmy do Da Nang. Zaraz za wyjściem z hali przylotów czekał na nas kierowca przysłany przez nasz pensjonat w Hoi An. Kilka minut później byliśmy już w drodze do Miasta Lampionów, które leży około 40 km na południowy wschód od Da Nang. Chwilę po minięciu Gór Marmurowych (?), nasz kierowca zapytał się nas, czy mamy ochotę zatrzymać się przy jednym z wielu sklepów oferujących rękodzieło wykonane głównie z marmuru i ametystu. Jako, że planowaliśmy wcześniej kupić małą figurkę szczęśliwego Buddy dla naszego domu w Warszawie, zgodziliśmy się.

Zwróćcie uwagę, że w Wietnamie zazwyczaj, gdy ktoś poleca Ci konkretny sklep, oznacza to, że dostaną prowizję za przyprowadzenie klienta. Nie zrozumcie mnie źle – to nic złego, o ile naprawdę podoba Ci się polecone miejsce i sprzedawane tam towary lub świadczone usługi. Po prostu dobrze jest być tego świadomym.

Trzydzieści minut później dotarliśmy do naszego pensjonatu, poleconego nam przez naszego gospodarza w Hanoi. Umiejscowiony w doskonałej lokalizacji, zaraz obok nocnego targu, nie więcej niż dziesięć minut pieszo od starówki w Hoi An. Zaraz po wprowadzeniu się do naszego pokoju w pensjonacie Moon’s Homestay, ruszyliśmy na nasz pierwszy wieczory spacer po Starym Mieście.

Pierwsze wrażenia

Pierwszą rzeczą, jaka nas uderzyła, było to, że miasto jest zalane przez turystów z całego świata. Przed odwiedzeniem Hoi An wydawało nam się, że to starówka w Hanoi jest pełna podróżnych. Byliśmy w błędzie. W porównaniu do Hoi An, starówka stolicy Wietnamu jest spokojna i pełno w miej miejsca. W Hoi An spotkacie wszystkie rodzaje turystów – zaczynając od backpackersów, którzy wybierają skromniejsze pensjonaty całkiem daleko od Starego Miasta, przez rodziny, które cenią wygodę i bezpieczeństwo aż po tych, którzy wolą luksusowe ośrodki. Wszystkie rodzaje ludzi, każdy z innym podejściem do podróżowania, ale z jedną wspólną cechą – wrażeniem magicznej atmosfery, architektury i wspaniałego widoku na rzekę, jakie ma do zaproponowania Stare Miasto w Hoi An. Warto zauważyć, że znajduje się ono na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO od 1999 roku.

Aby wejść na Stare Miasto, należy kupić bilet za całkiem rozsądną cenę – 120.000 VND (ok. 20 zł). Bilet upoważnia do wejścia do maksimum pięciu miejsc na starówce – takich jak Most Japoński, muzea czy świątynie. Należy pamiętać, że jeśli zużyje się wszystkie pięć kuponów, trzeba kupić kolejny bilet aby móc wchodzić na Stare Miasto (nawet, jeśli nie zamierzasz wchodzić do wymienionych wyżej miejsc).

Słynne Banh Mi

Było już trochę późno, więc postanowiliśmy po prostu trochę pospacerować, podziwiając architekturę, piękne jedwabne latarnie rozwieszone nad ulicami i alejkami. Świetne jest to, że duża część starówki jest przeznaczona wyłącznie dla pieszych, więc nie trzeba się przejmować motocyklami. Kierowaliśmy się do miejsca serwującego Bahn Mi (wietnamska kanapka z bagietki), poleconego nam przez blogerkę z WordPressa – She who travels . Dzięki naszemu gospodarzowi w Hoi An – Trisowi, udało nam się bez kłopotu znaleźć słynną restaurację Madame Phuong.

Zauważyliśmy ją już z daleka, bo kolejka podróżnych czekających na swoje kanapki była tak długa, że sięgała aż do ulicy. Nie więcej niż 10 minut później, wgryźliśmy się w nasze kanapki. Niebo w gębie. Były absolutnie przepyszne. Tak dobre, że po zachęcie od mojej drugiej połowy, chwilę po skończeniu pierwszej kanapki poprosiliśmy o jeszcze jedną. Wygląda na to, że Anthony Bourdain nie mylił się co do tego miejsca, które pokazał w swoim programie telewizyjnym No Reservations. A cena? Niewiarygodna – 25.000 VND (ok. 4 zł), za najlepszy, jak do tej pory, street food jaki jedliśmy życiu.

Rzeka jest tam

Po tym posiłku zatrzymaliśmy się na chwilę na rynku, żeby kupić trochę przypraw z myślą o powrocie do domu. Po chwili targowania się, wyszliśmy z trzema workami pieprzu (zielony, biały i czarny) za 80.000 VND (14 zł). Po krótkim spacerze usiedliśmy w jednej z licznych restauracji nad rzeką, które kuszą turystów „happy hours” – kup jedno piwo, drugie gratis.

Wietnamczyk, który powitał nas w restauracji prowadzonej przez jego rodzinę był naprawdę zabawny i pomocny. Dotarliśmy tam zaraz przed dwudziestą, i po wypiciu pierwszych piw zorientowaliśmy się, że „happy hours” skończyły się chwilę po tym jak złożyliśmy pierwsze zamówienie. Co do zabawnej części: kiedy jedno z nas zapytało go o toaletę, wskazał za nasze plecy z kamienną twarzą: „Nie ma toalety. Rzeka jest tam”. Po pięciu sekundach niezręcznej ciszy oboje się zaśmiali, a on wskazał drogę do właściwej toalety :).

Nie, dziękuję

Tak więc siedzimy, próbując lokalnego piwa i czekając na zamówione sajgonki, kiedy do naszego stołu podchodzi uliczna handlarka, proponując nam zakup pocztówek. Mówimy nie, dziękujemy. Pięć minut później podchodzi kolejna, oferując dokładnie takie same pocztówki. Znowu odmawiamy. I tak dalej – co każde 5-15 minut ktoś podchodzi i próbuje nam sprzedać swój towar. Pocztówki, przekąski, pączki, gazety, zabawki i inne rzeczy po zawyżonych cenach. Spoko, jeśli raz na jakiś czas ktoś do Ciebie podejdzie, ale to naprawdę frustrujące, jeśli musisz mówić „NIE, dziękuję” co każde 15 minut spędzone na Starym Mieście. Jeszcze gorzej, gdy niektórzy sprzedawcy próbują cię namawiać tekstami takimi jak „Dlaczego nie?”, „Kup dla rodziny”, „Bardzo tanio, bardzo tanio”. Podobnie jest też z restauracjami – nie da się przejść obok knajpy bez zaproszenia do wejścia i zjedzenia lub wypicia. Tak samo z łódkami (5 dolarów za 5 minut na łódce i papierową latarenkę, którą można puścić na wodę na szczęście).

Tak się tu zarabia pieniądze – i wygląda na to, że turyści przybywający do Hoi An naprawdę kupują mnóstwo tych rzeczy i usług. I wszystko ok, tak długo jak wszystkim zainteresowanym to odpowiada.

Moto Taxi

Kiedy skończyliśmy piwo i spławiliśmy jeszcze siedmiu irytujących sprzedawców, byliśmy gotowi zapłacić rachunek. Wietnamczyk z restauracji zaskoczył nas podliczoną kwotą – byliśmy pewni, że będziemy musieli zapłacić pełną cenę za wypite napoje, ale powiedział „Zaprosiłem was na happy hours, więc dla was jest happy hours” – połowa napojów była za darmo. Zostawiliśmy napiwek i ruszyliśmy do naszego pensjonatu.

Chwilę później usłyszeliśmy propozycje od „motocyklowych taksówek”. Kierowcy proponowali, że podwiozą nas do domu, ale tak jak doradził nam nasz gospodarz – oboje znowu powiedzieliśmy „Nie, dziękuję.” Wskazówka: nigdy, przenigdy nie jedź motocyklową taksówką, chyba, że to kierowca polecony Ci przez kogoś, komu ufasz. Te moto-taxi tylko czekają by zawieźć cię w ciemną uliczkę i obrabować z pieniędzy i kosztowności. Nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek mieli z takiej taksówki skorzystać, bo bardzo lubimy długie spacery, ale nadal jesteśmy bardzo wdzięczni Trisowi za ostrzeżenie nas. Po przeczytaniu wpisu (fragment o Hoi An) na Tina in Thailand blog myślę, że mamy szczęście mieć takiego gospodarza. Warto przeczytać – niestety dostępna jest tylko wersja anglojęzyczna.

Bezpiecznie dotarliśmy do naszego pensjonatu i uznaliśmy, że na ten dzień mamy już dośc.

Ogólne informacje i wskazówki

  • bilet wejściowy na Stare Miasto kosztuje 120.000 VND (20 zł) – uprawnia do wejścia na Stare Miasto i do wejścia do pięciu biletowanych atrakcji takich jak muzea itd. Jest ważny tak długo, jak jest na nim co najmniej jeden kupon do wykorzystania. Możesz z nim wchodzić na Stare Miasto wielokrotnie w trakcie swojego pobytu w Hoi An.
  • Nigdy nie korzystaj z moto-taxi – okradną cię!
  • Kiedy podchodzą do Ciebie uliczni handlarze, bądź stanowczy, ale uprzejmy – „No, thank you” zazwyczaj wystarczy, by zostawili Cię w spokoju
  • Koniecznie odwiedź restaurację Bahn My Madame Phoung – tylko 25.000 VND (4 zł) za pyszną kanapkę z bagietki.
  • Uważaj na kieszonkowców i złodziei – noś plecak na obydwu szelkach, trzymaj kosztowności w bezpiecznym miejscu, zostaw paszport w hotelu
  • Zawsze staraj się targować – bez problemu uzyskasz 10% rabatu od każdej ceny w Hoi An, może nawet 30% jeśli jesteś dobry. Również pamiętaj, aby nie kupować rzeczy w pierwszym miejscu, w które wejdziesz – zrób rozeznanie w cenach w okolicy.

 

Banana plantation in the middle of Hanoi

[EN/PL] At the moment we’re in Hoi An – it’s our first day here, so we haven’t seen a lot so far. We’ll post about our experience on Hoi An here later on today (maybe tomorrow). Although we’ve got something really cool to share:

Banana plantation in the middle of Hanoi

Saturday was the first sunny day we’ve had in Vietnam so far. For some reason we’ve decided that it was perfect weather for a longer walk. After breakfast, we’ve shared our plan to see the Red River with the receptionist at the hotel we’re staying (Hanoi Impressive Hotel – it’s right next to the Cathedral in Hoan Kiem district). When she’s heard about our plan to go across the Chương Dương Bridge (Cầu Chương Dương), she’s adviced us to take another bridge, which is about 400 metres to the North from Chương Dương Bridge, and then go down the stairs in the middle of it.

DSC_0580
The Long Bien Bridge

Spice Street!

During our stay in Hanoi we’ve started to name streets we visit after the trade that is most common there. There are streets, when you can find mostly electronics, barbers, handicraft, cloth, jewellery, paint, furniture and so on – and it’s like this in many other districts, not just Hoan Kiem (the Old Town). And on our way to the Long Biên Bridge we’ve accidentally found a street which basically was a spice market. With some help of an old fashioned dictionary, we’ve managed to buy some star anise for a really fair price. After this short stop we’ve finally set our feet on the Long Biên Bridge.

przyprawy male

Long Biên Bridge

The bridge itself was constructed in the beginning of XXth century and it was designed by French architects Daydé and Pillé. More than 3000 Vietnamese workers participated in the construction, which took three years (1899-1902). Before the North Vietnam gained independence in 1954, it was called Paul-Doumer Bridge, named after the Governor General of French Indochina. It’s both railway and car (motorbike) bridge, but it’s accessible to pedestrians (there’s a narrow sidewalk on both sides of the bridge).

After about 15 minutes walk and taking some pictures, we’ve finally reached the stairs (actually they look more like a concrete ramp), which led us down to the island on the Red River.

DSC_0657
The stairs look like this // Schody wyglądają tak 🙂

The banana plantation

We’ve reached a huge banana plantation located in the middle of Hanoi, on a rather big island on the Red River. The locals don’t mind if you go there, as long as you don’t try to enter their houses. Also please remember to ask people for permission before you take a picture of them.

DSC_0627
Apart from bananas, there are also other crops – like pumpkins and spice, but mostly bananas. A lot of them // Poza banami są też inne uprawy – jak dynie albo przyprawy, ale są to głównie banany. Mnóstwo bananów.

If you’re quiet, you’re likely to see some local fauna :). There are lizards, butterflies, some rodents (rats included) and also mosquitos (don’t forget your DEET!). We had a great time looking out for lizards and exploring the plantation. It was amazing, almost like being in a jungle. It was a nice change to spend some time there and rest from the noise and the crowded streets of Hanoi.

If you’re staying in Hanoi for a couple of days, we can strongly recommend you this little trip – there’s little to none tourists there, it’s an authentic experience.

lizard zoom
Hello Agama!

General information and tips:

  • The stairs leading to the island are in the middle of the Long Biên Bridge. The stairs are on the both edges of the bridge.
  • There’s a lot of mosquitos, take DEET with you
  • Watch out for traffic if you’re a fan of taking selfies
  • Don’t yell, try not to behave loudly – this way you’re more likely to see some lizards living on the island, also you won’t disturb the farmers.
  • Don’t leave the footpaths – don’t destroy the crops!
  • You’ll probably need about 2-3 hours for the whole trip – walking the bridge there and back and walking around the island.
  • There are almost no tourists, it’s a real experience
DSC_0685
Thanks for visiting our blog! / Dzięki za odwiedzenie naszego bloga!

[EN/PL] Obecnie jesteśmy w Hoi An – to nasz pierwszy dzień tutaj, więc nie zwiedziliśmy jeszcze zbyt wiele. Wrzucimy wpis na bloga o naszych przygodach w Hoi An trochę później (lub jutro). Mamy jednak coś fajnego, o czym chcemy dziś opowiedzieć:

Plantacja bananów w samym środku Hanoi

Sobota była dla nas pierwszym słonecznym dniem w Wietnamie. Z jakiegoś powodu zdecydowaliśmy, że to będzie idealna pogoda na dłuższy spacer. Po śniadaniu podzieliliśmy się z recepcjonistką w naszym hotelu (Hanoi Impressive Hotel – zaraz obok Katedry w dzielnicy Hoan Kiem) naszym planem by zobaczyć Rzekę Czerwoną i przejść się mostem Chương Dương. Kiedy usłyszała o naszym planie, doradziła żebyśmy poszli innym mostem, oddalonym około 400 metrów na północ od Chương Dương, a następnie zeszli w dół schodami znajdującymi się w połowie długości mostu.

Ulica Przyprawowa!

W trakcie naszego pobytu w Hanoi, zaczęliśmy nadawać ulicom nazwy odpowiadające rodzajom towarów i usług świadczonych na nich. Są ulice, na których są przede wszystkim elektronika, fryzjerzy, rękodzieło, tkaniny, biżuteria, farby, meble i tak dalej – i schemat ten powtarza się też winnych dzielnicach, nie tylko w Hoan Kiem (Stare Miasto). Po drodze do mostu Long Biên przypadkiem natrafiliśmy na ulicę, która okazała się być targiem przypraw. Z małą pomocą staroświeckiego słownika, udało nam się kupić trochę anyżu gwiazdkowego po rozsądnej cenie. Po tym krótkim postoju w końcu postawiliśmy stopy na moście Long Biên.

Most Long Biên

Most został zbudowany na początku dwudziestego wieku – został zaprojektowany przez francuskich architektów Daydé’a i Pillé’a. W jego budowie uczestniczyło ponad 3000 wietnamskich robotników, a wznoszenie konstrukcji trwało trzy lata (1899-1902). Przed uzyskaniem niepodległości przez Wietnam Półocny w 1954 roku, nazywał się Pont Paul-Doumer, na cześć Gubernatora Generalnego Indochin Francuskich. Jest to zarówno most drogowy jak i kolejowy, ale jest też dostępny dla pieszych (jest wąski chodnik po obu stronach mostu).

Po około piętnastominutowym spacerze i zrobieniu kilku zdjęć, w końcu dotarliśmy do schodów (w zasadzie wyglądały raczej jak betonowa rampa), które poprowadziły nas w doł ku wyspie na Rzece Czerwonej.

Plantacja bananów

Dotarliśmy do gigantycznej plantacji bananów, zlokalizowanej pośrodku Hanoi na całkiem sporej wyspie na Rzece Czerwonej. Miejscowym nie przeszkadza, że się tam chodzi, dopóki nie próbuje się im wchodzić do domostw. Należy też pamiętać by zapytać ludzi o pozwolenie zanim zrobi im się zdjęcie.

Poza bananowcami, są tu też inne uprawy – takie jak dynie, czy zioła, ale są to jednak przede wszystkim bananowce. Mnóstwo bananowców. Jeśli będziesz zachowywać się cicho, masz szansę zobaczyć trochę lokalnej fauny :). Są tam jaszczurki, motyle, trochę gryzoni (szczury też) a także komary (nie zapomnij DEETa!). Swietnie się bawiliśmy wypatrując jaszczurek i zwiedzając plantację. To było niesamowite przeżycie, prawie jakbyśmy byli w dżungli – miła odmiana od głośnych i zatłoczonych ulic Hanoi.

Jeśli zatrzymujesz w Hanoi na co najmniej kilka dni, to zdecydowanie polecamy tę małą wycieczkę – praktycznie nie ma tam turystów i jest to autentyczne przeżycie.

Ogólne informacje i wskazówki:

  • Schody prowadzące na wyspę znajdują się pośrodku mostu Long Biên. Schody znajdują się po obu stronach mostu.
  • Jest tam dużo komarów – weź ze sobą DEETa
  • Uważaj na ruch uliczny, jeśli jesteś fanem robienia selfie
  • Nie krzycz, staraj się nie zachowywać głośno – w ten sposób masz większą szansę na spotkanie jaszczurek żyjących na wyspie i nie będziesz przeszkadzać rolnikom
  • Nie schodź ze ścieżek – nie niszcz upraw!
  • Będziesz potrzebować około 2-3 godzin na całą wycieczkę – przejście mostem w tę i z powrotem i zwiedzanie wyspy
  • Nie ma tam praktycznie żadnych turystów – to autentyczne przeżycie

Tran Quoc Pagoda – Hanoi

tran quoc pagoda hanoi

[EN/PL]

On Tuesday, we’ve decided to visit the Trấn Quốc Pagoda, which – according to the information granted on site – is the oldest Buddhist temple in Hanoi. It’s located on a tiny island on the Hanoi West Lake (Hồ Tây) and is available for tourists (please note: no entry tickets, as it’s a fully functional temple – most of the people you can see on site are there for religious purposes). The island is connected to the mainland by a small causeway.  This day was one of the highlights of our stay in Hanoi :).

DSC_0211

Trấn Quốc was built in the middle of sixth century, so now it’s almost 1450 (!) years old. Originally it was situated on the shore of the Red River (the river that runs through Hanoi), but it was moved to it’s current location – the Golden Fish Island (Kim Ngu) in the seventeenth century.

DSC_0234
The main gate to Tran Quoc – the middle one is opened only for important ceremonies and for delivery cars // Główna brama do Tran Quoc – środkowa jest otwierana tylko na ważne uroczystości i dla samochodów dostawczych.

We took a walk there from our hotel near the Hoan Kiem lake, and it took us 40 minutes tops to reach our destination. The whole south-eastern and north-eastern shore of Hồ Tây is very friendly and well maintainted – there’s a lot of places to eat and drink. The views are astonishing – if you ever get there I guarantee you’ll take a lot of photos :). The lake is rich in fish, so you can see a lot of fishermen there during daytime.

DSC_0196
Beautiful view from the Ho Tay shore // Piękny widok z wybrzeża Ho Tay

IMPORTANT TIPS FOR VISITORS: Before going to the Pagoda, make sure that you are properly dressed. You should wear long pants (or a dress, dear ladies!) and you should cover your shoulders. You should also remove your headwear and sunglasses before going in. Also remember to take off your shoes before going inside of the temples! There’s no entrance fee, but remember to behave yourself – don’t laugh loudly, don’t yell, don’t interrupt the locals, and don’t pass in front of praying people.

DSC_0219
A properly dressed lady 🙂 // Odpowiednio ubrana pani 🙂

The whole compound is divided into two courtyards. The first one features the actual Pagoda, a small temple and more than a dozen little shrines. The second one gives access to the main temple. Near the middle of the second courtyard, in an exposed place, grows a Bodhi Tree – grown from a sapling coming from the original tree in India, under which Buddha sat and achieved enlightment. This gift from the President of India was planted in Tran Quoc during Rajendra Prasad’s visit to Vietnam in 1959.

DSC_0230
The Bodhi Tree – the bottom is painted white to protect it from insects // Drzewo Bodhi – dół jest pomalowany na biało, żeby chronić je przed owadami

People come here to pray and give their offerings to the gods – usually food, drinks and money. The whole island is filled with a beautiful scent of incence.

It was really worth visiting. What we especially liked was that this place is a real deal – you can see tourists there, but most visitors to the temple are the Vietnamese. It’s a sacred place and you can feel it in the air in the moment you set your feet on the island.

DSC_0213
The Pagoda

This day brings us a feeling of peacefulness and it really was a spiritual experience (we’re not religious people). We started thinking about every religion that we know. What do they tell us ? What are their good and bad sides? How do you feel about Buddhism?

DSC_0228
The second courtyard and the main temple // Drugi dziedziniec i główna świątynia.

[EN/PL]

We wtorek postanowiliśmy odwiedzić Pagodę Trấn Quốc, która – zgodnie z informacją dostępną na miejscu – jest najstarszą świątynią buddyjską w Hanoi. Znajduje się na malutkiej wyspie na Jeziorze Zachodnim (Hồ Tây ) i jest dostępna dla turystów (nie ma żadnych biletów wejścia, bo to w pełni funkcjonująca świątynia – większość ludzi, którzy tam przychodzą jest tam z powodów duchowych). Wyspa jest połączona z lądem wąską groblą. To był jeden z najciekawszych dni w trakcie naszego pobytu w Hanoi :).

Trấn Quốc została zbudowana w połowie VI wieku, ma zatem prawie 1450 (!) lat. Pierwotnie znajdowała się na brzegu Rzeki Czerwonej (rzeka, która płynie przez Hanoi), ale została przeniesiona do swojej dzisiejszej lokalizacji – Wyspy Złotych Ryb (Kim Ngu) w XVII wieku.

Poszliśmy tam z naszego hotelu w pobliżu jeziora Hoan Kiem i dotarcie do celu zajęło nam około 40 minut. Całe południowo-wschodnie i północno-wschodnie wybrzeże Hồ Tây jest bardzo przyjazne i dobrze utrzymane – jest tam wiele miejsc gdzie można zjeść i się napić. Widoki są nadzwyczajne – jeśli tam traficie, to gwarantuję że zrobicie mnóstwo zdjęć. W jeziorze jest dużo ryb, więc można też zobaczyć wielu rybaków w trakcie dnia.

WAŻNE WSKAZÓWKI DLA ODWIEDZAJĄCYCH: Przed wybraniem się do Pagody, upewnijcie się, że jesteście odpowiednio ubrani. Powinno się mięć długie spodnie (albo sukienkę, drogie panie!) i należy zakryć ramiona. Przed wejściem należy też zdjąć nakrycia głowy i okulary przeciwsłoneczne. Należy również pamiętać aby zdjąć buty przed wejściem do wnętrza każdej ze świątyń! Nie ma opłaty za wejście, ale trzeba się zachowywać – nie śmiejcie się głośno, nie krzyczcie, nie przeszkadzajcie miejscowym, nie przechodźcie przed osobami modlącymi się.

Cały kompleks dzieli się na dwa dziedzińce. Pierwszy zawiera właściwą Pagodę, małą świątynie i ponad tuzin małych kapliczek. Drugi dziedziniec umożliwia dostęp do głównej świątyni. W pobliżu centrum drugiego dziedzińca, w wyeksponowanym miejscu, rośnie Drzewo Bodhi – wyhodowane z sadzonki pochodzącej z oryginalnego drzewa w Indiach, pod którym Budda zasiadł i osiągnął oświecenie. Ten podarunek od Prezydenta Indii został zasadzony w Tran Quoc w trakcie wizyty Rajendry Prasada w Wietnamie w 1959 roku.

Ludzie przychodzą tu modlić się i składać ofiary bogom – zazwyczaj jedzenie, napoje i pieniądze. Całą wyspę wypełnia piękny zapach kadzideł.

Najbardziej spodobało nam się, że to miejsce jest autentyczne – są tu turyści, ale większość odwiedzających świątynie to Wietnamczycy. To święte miejsce i czuć to w powietrzu w chwili, gdy postawisz stopy na wyspie.

Wizyta w tym miejscu pozwoliła nam poczuć wewnętrzny spokój i naprawdę była duchowym doświadczeniem (a nie jesteśmy religijni). Zaczęliśmy zastanawiać się nad wszystkimi religiami jakie znamy. Co nam przekazują? Jakie są ich dobre i złe strony? Co sądzicie o Buddyzmie?

Plans for the next week

[EN/PL]

Soon it’s going to be midnight here in Hanoi and we’re both pretty tired, so we’ve decided to skip some stories (don’t worry, we’ll write & post them later 🙂 ) and we’ll share our plans for the next week now.

Before coming to Vietnam we had some general ideas on what we’re going to do here, where will we go and so on. Although we booked a hotel in Hanoi only for the first three nights (if you’re not reading from the beginning: we’re in the middle of our three week long honeymoon), with an idea of having some freedom of deciding what do we want to do and when. Also, weather in this time of year can be kind of unpredictible here, so we wanted to do the planning on site.

Our first idea was to go to Hoi An and then visit My Son Mỹ Sơn and maybe spend one day in Da Nang. My better half checked the hotels and homestays there on the Internet and we’ve found something interesting in a reasonable price. The next step was more challanging – plane tickets. What is really unbelievable, there are apparently flights from Hanoi to Da Nang EVERY 40 MINUTES on the avarage. Many of them very different in prices, luggage allowed etc. Also, the seats were booked at such an alarming rate, that before we could decide on anything it was sold out. A-m-a-z-i-n-g.

mapa
Google Maps!

Fortunately, we were rescued by the Hanoi Impressive Hotel manager, Mr Michael Hake – he has offered his help with arranging everything, then he sat with us for almost an hour in the hotel lobby, asking us about our requirements, what do we want to see and also suggesting some places we didn’t knew about. Michael and his staff really arranged everything for us – from buying the plane tickets (much cheaper than those we could find on the Internet on our own), through booking hotels to even arranging the airport pick up in Da Nang. THANK YOU!

So next week we’re going to visit Da Nang, Hue, Hoi An, Mỹ Sơn and a mysterious place we won’t mention now so we won’t spoil the surprise. We’re leaving Hanoi on Sunday 02.04.2017 and we’ll be back here next Monday – 10.04.2017.

PS. I’d like to thank some of the wordpress friends for some cool ideas and tips about things to do in central Vietnam. Thanks guys!

sniadanie impressive
Michael took a picture of us by surprise this morning during breakfast at the hotel :), the food’s delicious here btw. // Michael zrobił nam zdjęcie-niespodziankę dzisiejszego poranka w trakcie śniadania w hotelu :), swoją drogą jedzenie jest tu pyszne

[EN/PL]

W Hanoi wkrótce będzie północ i oboje jesteśmy całkiem zmęczeni, więc zdecydowaliśmy pominać kilka historii (nie martwcie się – opiszemy je i umieścimy na blogu później 🙂 ) i podzielimy się teraz naszymi planami na następny tydzień.

Przed przybyciem do Wietnamu mieliśmy luźne pomysły na temat tego co zamierzamy tu robić, gdzie się wybrać i tak dalej. Jednakże zarezerwowaliśmy hotel w Hanoi tylko na trzy pierwsze noce (jeśli nie czytasz od początku: jesteśmy w trakcie naszej trzytygodniowej podróży poślubnej), z zamiarem zachowania pewnej wolności wyboru co chcemy robić i kiedy. Ponadto pogoda o tej porze roku bywa tu trochę nieprzewidywalna, więc chcieliśmy zająć się planowaniem już na miejscu.

Naszym pierwszym pomysłem było udać się do Hoi An, a następnie odwiedzić Mỹ Sơn i być może spędzić jeden dzień w Da Nang. Moja lepsza połówka sprawdziła hotele i pensjonaty w Internecie i znaleźliśmy coś ciekawego w rozsądnej cenie. Następny krok stanowił większe wyzwanie – bilety lotnicze. Niewiarygodne – wygląda na to, że loty z Hanoi do Da Nang odbywają się średnio CO 40 MINUT. Wiele z nich bardzo różniących się ceną, dozwolonym bagażem itd. Dodatkowo miejsca były rezerowane w tak alarmującym tempie, że zanim się na coś zdecydowaliśmy, było już wyprzedane. N-i-e-s-a-m-o-w-i-t-e.

Na szczęście, z pomocą przyszedł nam manager Hanoi Impressive Hotel, Pan Michael Hake – zaproponował swoją pomoc z organizacją wszystkiego, po czym usiadł z nami na niemal godzinę w hotelowym lobby, pytając o nasze oczekiwania, co chcemy zobaczyć oraz sugerując różne miejsca o których nie wiedzieliśmy. Michael i jego pracownicy szybko wszystko dla nas zaaranżowali – od kupienia biletów lotniczych, poprzez zarezerwowanie hoteli aż po zorganizowanie transportu z lotniska w Da Nang. DZIĘKUJEMY!

Zatem w następnym tygodniu odwiedzimy Da Nang, Hue, Hoi An, Mỹ Sơn i tajemnicze miejsce, o którym na razie nie będziemy wspominać, żeby nie zepsuć niespodzianki. Opuszczamy Hanoi w niedzielę 02.04.2017 i wracamy tu w poniedziałek 10.04.2017.

Wake-up in the middle of the night

[EN/PL]

There’s one thing we haven’t told you before, but we’ve finally decided to share it here. On the first night after our arrival to Vietnam we were both very tired and went to sleep pretty early.

Jest jedna rzecz, o której wcześniej wam nie mówiliśmy, ale w końcu zdecydowaliśmy się tym tutaj podzielić. Pierwszej nocy po naszym przylocie do Wietnamu byliśmy oboje bardzo zmęczeni i poszliśmy spać całkiem wcześnie.

I didn’t sleep very well, waking up every 30-40 min thinking it’s already morning. Sounds of street are so much different than what I can hear at home. About 11pm I heard some breaking glass then I saw strange strong light (the type of light which wakes up immedietely). I know it’s not good light so I look what is happening. Our windows were hot! I needed to do something and do it quick.

Nie mogę zasnąć, budzę się co każde 30-40 minut myśląc, że jest już ranek. Dźwięki ulicy są tutaj całkiem inne od tego, co słyszę w domu. Około 23 słyszę jakieś tłukące się szkło, a potem widzę dziwne, silne światło (takie, które od razu budzi). Wiem, że to nie jest dobre światło, więc sprawdzam co się dzieje. Nasze okna były gorące! Dotarła do mnie myśl: muszę coś zrobić i to szybko.

Suddenly, in the middle of the night, my other half wakes me up. It was really hot in the room.

Nagle, w środku nocy, moja druga połówka mnie budzi. W pokoju było naprawdę gorąco.

“Get dressed quickly, and let’s go downstairs”, I hear. When I open my eyes, I can see reddish aura outside our apartment window. Our room is on the 5th floor and I can’t really see what’s going on. I think: Is this some kind of festival? Are there people with torches marching through the streets? I can hear many voices from below. “What’s going on?”, I ask. “I’ve got our passports, we need to leave, you’ll see in a moment”, I’ve heard in reply. Hurried by my spouse I got dressed real fast and we rushed downstairs.

“Ubieraj się szybko i chodźmy szybko na dół”, słyszę. Kiedy otwieram oczy, widzę czerwonawą poświatę za oknem naszego pokoju. Pokój jest na piątym piętrze i niezupełnie widzę co się dzieje. Myślę: czy to jakiś festyn? Czy ludzie z pochodniami maszerują ulicami? Z dołu słyszę wiele głosów. “Co jest grane?”, pytam. “Mam nasze paszporty, musimy wychodzić, za chwilę zobaczysz.”

On the ground floor, there are almost all hotel guests already. Some hotel staff members are coming down the stairs with guests, who carry their backpacks and suitcaces. We’ve left everything apart from our passports upstairs. It’s really loud outside, a lot of people gathered on the street, looking up. This is the moment I’ve realised what’s happening.

Na parterze są już prawie wszyscy goście hotelu. Niektórzy członkowie obsługi hotelu schodzą w dół schodami z gośćmi, niosącymi swoje plecaki i walizki. My zostawiliśmy wszystko, poza paszportami, na górze. Na zewnątrz jest naprawdę głośno, mnóstwo ludzi zgromadziło się na ulicy i patrzą w górę. W tym momencie orientuję się co się dzieje.

DSC_1846
Fire // Pożar

The top floor of the hotel just opposite ours (please notice: the streets here are really narrow) is bursting in flames. There’s no fire trucks anywhere. After 10 more minutes I hear a fire engine siren in the distance, echoing through the district. “I hope there’s no one there” I say out loud. Other people around also seem worried. I’m starting to wonder if the building is going to collapse, if the fire isn’t extinguished. Another 10 minutes later, the sirens are louder, but still no firetrucks in sight. The flame gets bigger, but still occupies only the top floor. Although the fire was seven floors over us, we could feel the heat.

Ostatnie piętro hotelu zaraz naprzeciwko naszego (zwróć uwagę, że ulice tutaj są naprawdę wąskie) bucha płomieniami. Nigdzie nie widać wozów strażackich. Po dziesięciu minutach słyszę syrenę w oddali, jej dźwięk odbijający się echem po dzielnicy. “Mam nadzieję, że nikogo tam nie ma”, mówię na głos. Inni ludzie dookoła nas też wyglądają na przejętych. Zaczynam się zastanawiać, czy budynek się zawali, jeśli pożar nie zostanie ugaszony. Kolejne dziesięć minut później syreny są już głośniejsze, ale nadal nie widać strażaków. Płomień robi się większy, ale nadal zajmuje tylko ostatnie piętro. Pomimo, że było to siedem pięter nad nami, czuliśmy bijący z góry żar.

DSC_0111
Finally, they’re here! // Nareszcie dojechali!

Finally, half an hour after the fire started, the firemen arrived. They rushed inside with fire hoses and started extinguishing the fire. Soon a second firetruck arrived and another crew entered the building. Half an hour later the situation was under full control, the flame was put out. The receptionist told us, that no one was hurt, and that the floor has been used as a storage place and a garden. Calmed down, we went back to our room, as we had a lot of plans for the next day.

W końcu, pół godziny po wybuchu pożaru, strażacy przybyli. Popędzili do środka z wężami i zaczęli gasić ogień. Wkrótce nadjechał kolejny wóz strażacki i kolejna drużyna wkroczyła do budynku. Pół godziny później sytuacja była już pod pełną kontrolą, pożar został ugaszony. Recepcjonistka powiedziała nam, że nikomu nie stała się krzywda – ostatnie piętro było puste i było wykorzystywane jako magazyn i ogród. Uspokojeni, wróciliśmy do pokoju, bo mieliśmy mnóstwo planów na kolejny dzień.

DSC_1856
(1) In case of fire: (2) Ring the alarm, (3) fight the fire on your own, (4) if it’s still burning, call 114 – a reasonable instruction, considering half of your building may burn down before fire brigade appears // (1) W razie pożaru: (2) Uruchom alarm, (3) gaś ogień samemu, (4) jeśli nadal się pali, dzwoń na 114 – rozsądna instrukcja, biorąc pod uwagę, że pół budynku może spłonąć zanim zjawi się straż pożarna